PONAD 40 LAT NA SCENIE I CIĄGLE RZESZE NIE ZWYKŁEJ PUBLICZNOŚCI, LECZ WIERNYCH FANÓW! JAK PAN TO ROBI?

To bardziej pytanie do nich. Ja mogę być tylko usatysfakcjonowany sprawdzeniem się w tylu pokoleniach mojej repertuarowej i wizerunkowej konsekwencji. Młodsi słuchacze chodzą na moje koncerty nie dlatego, że tych piosenek słuchała ich babcia czy mama, ale dlatego że muzyka i literackość tych utworów oraz – mam nadzieję – wykonanie wciąż są w jakimś sensie na czasie. A łoskot świata i muzyki, którym ludzie są dziś zmęczeni, działa tylko na moją korzyść.

PODCZAS KONCERTÓW NAWIĄZUJE PAN WSPANIAŁY KONTAKT ZE SŁUCHACZAMI. CZY TE DOBRE RELACJE POMIĘDZY SCENĄ I WIDOWNIĄ SĄ DLA PANA WAŻNE?

Bardzo. Od pierwszego występu wiem prawie wszystko o każdej piosence i to nie tylko za sprawą długości braw, ale też skupienia widza, które kapitalnie przenosi się z widowni na mnie i na scenę. Informacją dla mnie jest również brak tego skupienia. W takiej sytuacji albo rezygnuję z danej piosenki, bo wiem, że nie jest ona koncertowa, ale bardziej płytowa – tak bywa, albo staram się zmienić trochę interpretację, co niekiedy się udaje.

W TRAKCIE KARIERY WYDAŁ PAN KILKA PŁYT ZAWIERAJĄCYCH UTWORY M.IN. EDITH PIAF, JACQUES’A BRELA, CHARLES’A AZNAVOURA. POD KONIEC WRZEŚNIA UKAZAŁA SIĘ PŁYTA POD TYTUŁEM „KOLOR CAFE”, NA KTÓREJ – OPRÓCZ PRZEBOJÓW WCZEŚNIEJ WYMIENIONYCH MISTRZÓW – ZAŚPIEWAŁ PAN PIOSENKI TAKICH LEGEND, JAK DALIDA, SALVATORE ADAMO, SOPHIA LOREN CZY ENZO GHINAZZI ALIAS PUPO. PO ICH REPERTUAR SIĘGNĄŁ PAN PO RAZ PIERWSZY. CZY TWÓRCZOŚĆ WŁOSKA I FRANCUSKA JEST PANU SZCZEGÓLNIE BLISKA?

O tak! Poza wspomnianymi geniuszami, jak Piaf czy Brel, wreszcie sięgnąłem po kolejnych ulu­bionych artystów. A i tak – proszę mi wierzyć – jest to nadal ułamek moich włosko-francuskich fascynacji z młodości. Nie będę ukrywał, że zdobycie praw do niektórych piosenek okazało się niewykonalne. Mój apetyt był o wiele większy. Ale bardzo cieszę się i z tego wyboru.

„OD KOFTY… DO KORCZA” TO TYTUŁ PAŃSKICH WCZEŚNIEJSZYCH, UKOCHANYCH PRZEZ FANÓW KONCERTÓW. TA TRASA JEDNAK JUŻ ZA NAMI. JAKICH JESZCZE POLSKICH POETÓW, AUTORÓW TEKSTÓW I KOMPOZYTORÓW CENI PAN NAJBARDZIEJ?

Album „od Kofty… do Korcza” rzeczywiście zakończył już swoją koncertową historię. Każda nowa płyta podróżuje ze mną dwa recitalowe sezony. Teraz przyszedł czas na dwuletnią trasę z nową płytą „Kolor Cafe”. Natomiast odpowiadając na pytanie, cenię wszystkich poetów i autorów, którzy piszą lub pisali O CZYMŚ, kompozytorów, których piosenki można zanucić nie tylko przy grillu i piwie, a przede wszystkim tych, którzy swoim kunsztem inspirują autorów tekstów i nas – wykonawców.

„WALC NA TYSIĄC PAS” – MÓWI SIĘ CZĘSTO, ŻE TO NAJWIĘKSZY PRZEBÓJ MICHAŁA BAJORA, MISTRZOWSKO WYKONYWANY, UWIELBIANY PRZEZ SŁUCHACZY, WYWOŁYWANY PRZEZ NICH PODCZAS KONCERTÓW. CZY I DLA PANA TA PIOSENKA ZNACZY WIĘCEJ NIŻ INNE?

To wielki przebój Brela. Ja tylko w którymś momencie mojego młodego życia mogłem unieść się na skrzydłach mistrza i zain­teresować swoją interpretacją rodaków. Przypominam, był 1986 rok, brak internetu i telefonów komórkowych, kilka programów radiowych i telewizyjnych. Było za to szaleń­stwo. Dzisiaj wciąż lubię ten utwór, ale mam już innych muzycznych faworytów.

PODCZAS JEDNEGO Z KONCERTÓW MÓWIŁ PAN, ŻE „ŚPIEWANIE TO TAKI DZIWNY ZAWÓD”, ŚPIEWA SIĘ CZĘSTO WYMYŚLONE HISTORIE, KTÓRE WCALE NIE DOTYCZĄ WYKONAWCY. KTÓRY Z PANA PRZEBOJÓW NAJMNIEJ, A KTÓRY NAJWIĘCEJ MÓWI O TYM, JAKI NAPRAWDĘ JEST MICHAŁ BAJOR?

Żaden. Nigdy nie utożsamiałem się z literacką treścią moich piosenek. Cieszy mnie, że słuchacz tak to odbiera, ale z wielu powodów – już od bardzo dawna –
pozostawiam margines na przeżywanie treści tych utworów moim odbiorcom. Myślę, że gdybym miał wyśpiewywać publiczności moje historie, to bardzo szybko wpadłbym w obłęd, bo żadna wiwisekcja nie jest zdrowa, jeśli odkrywa się swoje wnętrze przed zbyt wieloma osobami. To publiczność ma przeżywać lub śmiać się, nie artysta.

MICHAŁ BAJOR – „NAJLEPSZY AKTOR WŚRÓD PIOSENKARZY I NAJLEPSZY PIOSENKARZ WŚRÓD AKTORÓW”. Z KTÓRYM Z TYCH OKREŚLEŃ BARDZIEJ SIĘ PAN UTOŻSAMIA?

Zapracowałem sobie, przez te kilkadziesiąt lat, na swego rodzaju znak jakości, jakim są moje imię i nazwisko. Czy śpiewam, czy gram w filmie, czy jestem na „tak” lub „nie” – pozo­staję Michałem Bajorem. Nie ma nic gorszego niż letni artysta. Na pewno należę jednak do tych, którzy zawsze opowiadają się „za” lub „przeciw”. I bardzo mi to odpowiada.

KTÓRA Z ZAGRANYCH PRZEZ PANA RÓL FILMOWYCH NAJGŁĘBIEJ ZAPADŁA W PAŃSKĄ PAMIĘĆ I DLACZEGO WŁAŚNIE TA?

To trochę tak jak z piosenkami. Mając ich kilkaset, bardzo trudno byłoby mi teraz wybrać tę jedną, ukochaną. Podobnie jest z teatrem i filmem. Spotkało mnie wielkie szczęście, bo pracowałem z najwspanialszymi reżyserami, którzy mogli mnie kształtować i wiele nauczyć. Kilkadziesiąt ról i kilkudziesięciu reżyserów, a wśród nich dwudziestu z najwyższej półki. Ale niech będzie. Może wymienię ostatnią, bo ta będzie istniała wiele, wiele lat, nawet kiedy już mnie nie będzie. Chodzi oczywiście o Nerona z „Quo Vadis” Jerzego Kawalerowicza.

OGROMNE SALE KONCERTOWE, DOMY KULTURY W NIEDUŻYCH MIASTACH – WSZYSTKIE ZAWSZE WYPEŁNIONE PO BRZEGI. CZY INACZEJ ŚPIEWA SIĘ, KIEDY SŁUCHA KILKASET PAR USZU, A INACZEJ, KIEDY SŁUCHAJĄCYCH JEST KILKUDZIESIĘCIU?

Rzadko śpiewam w kameralnych salach. Powód jest prozaiczny. Musiałbym z powodu zainte­resowania wystąpić dwa lub trzy razy danego dnia. Dlatego też występuję głównie w domach kultury, operach, filharmoniach i teatrach. Maleńkie sale mnie tremują, a amfiteatralne, gdzie jestem zapraszany na festiwale – stresują. Najbardziej więc lubię te średniej wielkości, czyli od 500 do 800 osób. Mogę wtedy nawiązać kontakt ze słuchaczem, ale też skupić się na interpretacji utworu.

TYSIĄCE KILOMETRÓW TRAS KONCERTOWYCH, WCIĄŻ INNE MIEJSCA, NOWE TWARZE. CZY NADAL JEST PAN Z OPOLA?

Tak. Jestem bardzo z Opola. Wciąż odwiedzam mamę. Wciąż mam wspomnienia i związanych z nimi przyjaciół. Nawet jeśli kiedyś będę wracał już tylko do miasta, to zawsze to „tylko” będzie wielkie i wzruszające.

NA KONIEC NASZEJ ROZMOWY PYTANIE Z HUMOREM. CZY ZDARZYŁA SIĘ KIEDYŚ PANU SYTUACJA Z PRZEBOJU „ZAPOMINAM”? CZY ZAPOMNIAŁ PAN NA SCENIE SŁÓW PIOSENKI?

O, wiele razy. I nie należę do wyjątków. Z sali suflero­wali mi m.in. Wojciech Młynarski i niektórzy widzowie. Od lat śpiewam w Warszawie recitale w teatrze „Polonia” Krystyny Jandy, a wcześniej długo występowałem w „Teatrze Buffo”. Jako puentę mogę przywołać historię jednego wieczoru, kiedy zapomniałem tekstu piosenki. Siedzący wśród widowni Michał Wiśniewski wstał i podpowiedział mi – ku euforii widzów – trzy linijki tekstu. I to jest najlepsze zakończenie naszego wywiadu. Jeden Michał i jego muzyka oraz drugi Michał i jego zupeł­nie inna muzyka. Okazało się, że lider zespołu „Ich Troje” od dziecka lubił moje piosenki. Muzyka zatem nie tylko łagodzi obyczaje, lecz także zbliża i łączy ludzi.