Mimo ogromnej popularności science fiction (fantastyki naukowej) w kinie, to nie filmowcy są twórcami gatunku. Prekursorów nurtu należy poszukiwać w literaturze jeszcze w XVII i XVIII wieku, kiedy francuscy pisarze, tacy jak Cyrano de Bergerac czy Voltaire, stawiali pierwsze kroki w utopijnych kra­inach na Księżycu i Słońcu oraz wyprawiali się w pierwsze kosmiczne podróże. Rozkwit nurtu przypada jednak na XX wiek, gdy zjawiska rodem z innego świata z impe­tem wkroczyły do literatury, także polskiej. Jerzy Żuławski, autor „Trylogii księżycowej”, wysłał swoich bohaterów na srebrny glob już w 1903 roku (zresztą powieść docze­kała się w 1987 roku ekranizacji w reżyserii stryjecznego wnuka pisarza – Andrzeja Żuławskiego). Najsłynniejszym polskim futu­rologiem, który akcje swoich powieści i opo­wiadań często osadzał w pozaziemskich krainach, był Stanisław Lem. Okres jego twórczości przypada na czasy zimnej wojny, gdy w popkulturze coraz częściej poja­wiały się loty kosmiczne, rakiety budowane przez człowieka i kolonizacja innych planet. W zbiorowej wyobraźni, rozpalanej przez astronautyczny wyścig zbrojeń pomiędzy ZSRR i USA, nastąpił prawdziwy kosmiczny boom. Na wschodzie publika bacznie przy­glądała się lotowi Łajki po okołoziemskiej orbicie w 1955 roku, a Amerykanie z zapar­tym tchem zasiedli przed telewizorami, kiedy Neil Armstrong w 1969 roku stawiał pierwszy krok na Księżycu.

GWIEZDNA KLASYKA

Międzyplanetarne przygody – choć już fikcyjne – bardzo szybko trafiły z kart powieści na duży ekran. Niektóre z nich do dziś uchodzą za klasykę kina, jak wyreżysero­wana przez Stanleya Kubricka „2001: Odyseja kosmiczna” z 1968 roku. Film wszedł do amerykańskich kin w trakcie trwania programu Apollo, na rok przed udanym lądowa­niem człowieka na Księżycu. Obraz legendarnego reży­sera był więc bardzo na czasie – fabułą składającą się z trzech epizodów metaforycznie pokazywał drogę, którą musiał przejść człowiek, aby sięgnąć gwiazd. Co ciekawe, film przez lata nie stracił na aktualności i do dziś przez wielu jest uważany za arcydzieło.
Inny słynny reżyser – Ridley Scott – zapisał się na kartach historii między innymi za sprawą swojego galaktycznego dzieła „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” z 1979 roku. Film ma nie tylko wątki kosmiczne, lecz także feministyczne, gdyż główną bohaterką, prawdziwą heroiną stawiającą czoła tytułowemu obcemu, jest kobieta. To zarówno najwyższych lotów science fiction, jak i przerażający horror, chętnie oglądany także przez współczesną publikę. Obraz stał się zaczątkiem trylogii o losach Ellen Ripley, której rola przynio­sła Sigourney Weaver ogromną sławę. Scott wracał do świata z „Obcego” także w późniejszych filmach – „Prometeusz” i „Obcy: Przymierze” – jednak te nie spo­tkały się z ciepłym przyjęciem fanów.
W kinematografii życie pozaziem­skie nie jest jedynym zagrożeniem czyhającym w kosmosie. Drugim – często pojawiającym się w filmach katastroficznych – są komety i aste­roidy mogące uderzyć w naszą planetę. Klasyczną historię od zera do bohatera możemy zobaczyć w filmie „Armageddon” z 1998 roku, w którym pracownicy platformy wiertniczej stają się w błyskawicznym tempie astronau­tami i ratują ludzkość przed zagładą. Nie sposób przesądzić, co bardziej zapisało się w pamięci widzów – sam film i główna rola Bruce’a Willisa czy towarzy­sząca mu piosenka „I Don’t Want to Miss a Thing” Aerosmith.


KO S M I C Z N A P A S J A

Ridley Scott nie zakończył swojej kosmicznej przygody na „Obcym”. Science fiction jest gatunkiem wyjątkowo mu bliskim – w jego filmografii znajdziemy także „Blade Runnera” („Łowcę androidów”) z 1982 roku (który był zalążkiem spektakularnej kariery Harrisona Forda, a ostatnio doczekał się także kontynuacji w reżyserii Denisa Villeneuve’a: „Blade Runner 2049”) oraz „Marsjanina” z 2015 roku, w którym Matt Damon wciela się w astronautę uwięzionego na Marsie po nieudanej ekspedycji.


DAWNO, DAWNO TEMU W ODLEGŁEJ GALAKTYCE

Chociaż filmów, których akcja dzieje się w kosmosie, jest wiele, prawdziwym fenomenem popkultury stały się gwiezdne sagi: „Star Wars” („Gwiezdne wojny”) i „Star Trek” (w dosłownym tłumaczeniu „gwiezdna wędrówka”), które doczekały się nie tylko licznych obrazów pełnome­trażowych, lecz także seriali, gier kom­puterowych i planszowych, komiksów, książek, bajek, zabawek, zlotów fanów przebierających się za ulubione postaci oraz fan fiction (kontynuacji historii pisa­nych przez ich miłośników).
Porównywanie obu serii i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, która z nich jest lepsza, do dziś budzi skrajne emo­cje fanów. Chociaż „Star Trek” został zapoczątkowany wcześniej, bo w latach 60. (pierwsza część tzw. starej trylogii „Star Wars” to dopiero rok 1977), i obejmuje zdecydo­wanie więcej materiału filmowego (7 seriali i 13 filmów, w porównaniu do 8 filmów i dwóch spin-offów), można zaryzykować stwierdzenie, że w powszechnej świa­domości społeczeństwa lepiej zapisały się „Gwiezdne wojny”. W końcu czy prędzej powiemy do przyjaciela „Niech moc będzie z tobą”, czy „Żyj długo i pomyślnie”?
Obie gwiezdne sagi były fenomenem swoich czasów – „Star Trek” królował w telewizji, a „Star Wars” w kinie – i święcą triumfy do dziś, będąc ponadpoko­leniową rozrywką. Każda kolejna część „Gwiezdnych wojen” przyciąga do kin nie tylko wiernych fanów, którzy jako dzieci i młodzież pokochali pierwszą trylogię, lecz także nowych młodych widzów, tworząc kolejne pokolenia miłośników (dla których powstają także zabawki, bajki i gry). „Star Trek” natomiast walczy o mło­dego widza, wykorzystując to, co najnowsze – platformy streamingowe. Na Netflixie w tym roku premierę miał drugi sezon serialu „Star Trek: Discovery”.

KOSMICZNI SUPERBOHATEROWIE
Choć gwiezdne sagi dzieją się w odległych galaktykach, nie brakuje także fabuł rozgrywających się w bliskim sąsiedztwie Ziemi, których bohaterowie podróżują pomiędzy błękitną planetą i jej fikcyjnymi sąsiadkami. W takim rozwiązaniu wyspecjalizowało się studio Marvel. Ich kasowe ekranizacje komiksów wprowadziły do kina bodaj najsłynniejszego „kosmitę” – Thora. Wzorowany na bogu z nordyckiej mitologii superbohater oczarował publikę ogromną siłą, zabawnym brakiem zrozumienia ludzkiego świata oraz… imponującą muskulaturą odgry­wającego go aktora Chrisa Hemswortha. Syn Odyna pochodzi z Asgardu, z którego za karę został zesłany na Ziemię. W uniwersum Marvela nordycka mitologiczna kraina jest planetą, a wielu bohaterów – nie tylko Thor i jego brat Loki – w końcu wyrusza w galaktyczną podróż. W dwóch ostatnich częściach serii superbohate­rowie pod sztandarem Avengers łączą siły ze Strażnikami Galaktyki, aby ocalić wszechświat przed antagonistą – Thanosem, którego celem jest zgładzenie połowy wszystkich istnień. Seria Marvela bije rekordy w box offisie, a jej ostatnia część – „Avengers: Koniec gry” – zara­biając ponad 2 mld 795 mln dolarów, zdetronizowała dotychczasowego wielo­letniego triumfatora: „Avatara” Jamesa Camerona (akcja tego filmu zresztą też rozgrywa się na odległej planecie).

OSCARY DLA ASTRONAUTÓW

Filmowcy – szczególnie hollywoodzcy – uwielbiają kosmos, a obrazy o nieziem­skiej fabule bywają dla nich szansą na wypuszczenie międzynarodowego hitu i zdobycie najważniejszej nagrody w branży – Oscara. Doskonałym przykła­dem jest „Grawitacja” w reżyserii Alfonso Cuaróna. Intymna historia astronautki Ryan Stone (w tej roli znakomita Sandra Bullock), samotnie uwięzionej w prze­strzeni kosmicznej, do tego stopnia oczarowała Akademię, że zgarnęła aż 7 statuetek – w tym jedną z najważ­niejszych: za najlepszą reżyserię. Osca­rem za najlepsze efekty specjalne może się poszczycić „Interstellar” w reżyserii Christophera Nolana.
Film o grupie naukowców poszukujących pozaziemskiego domu dla ludzi cieszy się pozytywnymi opiniami krytyków i widzów.

Hollywood nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa w swojej relacji z kosmosem. Przed nami kilka bardzo wyczekiwanych gwiezdnych premier. Już w grudniu na ekrany kin wejdzie ostatania część najnowszej trylogii „Star Wars”, zatytułowana „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie”. Obserwując, jak skrajne emocje wzbudziły w widzach epizody 7. i 8., a także ogromne poruszenie w mediach społecznościowych, które wywołał już sam tytuł najnowszej odsłony, możemy się spodziewać nie lada gratki.
Fani komiksów natomiast z niecierpliwością wyczekują kolejnych wieści o zapowiadanej na listopad 2020 roku ekranizacji „The Eternals”. Marvel na razie nie zdradza wielu szczegółów, natomiast wiadomo już, że w rolach tytułowych Przedwiecznych zobaczymy m.in. Angelinę Jolie, Salmę Hayek i Richarda Maddena.
Ci, którzy wolą bardziej realistyczne scenariu­sze i nie odnajdują się najlepiej w fikcyjnych światach, mogą pójść na film „Ad Astra”. Obraz z Bradem Pittem w roli głównej opowiada o astronaucie wyruszającym poza Układ Słoneczny w poszukiwaniu swojego zaginio­nego ojca. Premiera miała miejsce 20 września.


KO S M O S N A W E S O Ł O

Oswajanie kosmosu nie zawsze musi odbywać się na poważnie – czasami najlepiej sprawdza się śmiech. Wiedzą o tym doskonale twórcy takich komedii, jak „Marsjanie atakują” czy „Kosmiczne jaja”. Zarówno obok absurdu tej pierwszej, jak i parodiowego charakteru drugiej nie da się przejść obojętnie – albo się je kocha, albo nienawidzi.