Okazuje się, że czarne krążki tylko z pozoru nie przystają do dzisiejszej, cyfrowej rzeczywistości, wyznaczanej przez internet, smartfony i streaming.

CZAS WYNALAZCÓW

Historia gramofonu sięga niemal połowy XIX wieku, kiedy to pojawiły się pierwsze próby zapisu dźwięku. Z urządzeń, które wówczas powstawały, wyewoluował fonograf (1877), zbudowany przez Thomasa Edisona. Nowością w tym przypadku była możliwość nie tylko
zapisu, ale i odtwarzania nagrań, początkowo na taśmie nasączonej woskiem, potem na specjalnych wałkach. Było to jednak rozwiązanie mało praktyczne i nietrwałe. Faktycznym twórcą gramofonu był inny wynalazca – Emile Berliner. Zbudował on urządzenie odtwarzające płyty i opatentował nazwę, której używamy do dziś. Pierwsze krążki trafi ły na rynek w roku 1889, miały format 12,5 centymetra. Przez kolejne kilkadziesiąt lat trwała rywalizacja między fonografem i gramofonem, którą ostatecznie wygrał ten drugi.

EWOLUCJA DUŻEJ CZARNEJ

Podstawowym tworzywem używanym do tłoczenia płyt stał się pod koniec XIX wieku szelak. Jego wadami były spory ciężar i kruchość, dlatego w latach 30. XX wieku zaczęto eksperymentować z polichlorkiem winylu. Ten sprawdził się w praktyce i na salony wszedł już po II wojnie światowej, ustanawiając standard w produkcji czarnych krążków. Z kolei rozmiar longplaya, wynoszący 12 cali, odtwarzanego z prędkością 33 i 1/3 obrotów na minutę, znamy od 1948 roku. Od tego momentu wreszcie na jednej stronie krążka można było nagrać ponad 20 minut muzyki, co też sprawiło, że tak wiele klasycznych płyt, wydawanych przed laty, ma w sumie 40–45 minut długości.


W mojej kolekcji płyt analogowych, odziedziczonej po wujku, pasjonacie dobrego brzmienia, jest sporo muzyki klasycznej. Tutaj najbardziej słyszalna jest różnica między brzmieniem cyfrowym a analogowym, które na czarnym krążku jest niemal namacalne, organiczne – tu różnice dynamiczne są bardziej naturalne niż na płycie CD. Na winylu piano to piano, choć nadal słyszalne, forte natomiast nie przytłacza. Jeśli zamkniemy oczy, poczujemy się jak w sali koncertowej. Płyta CD, niosąca dźwięk sterylny, idealnie czysty, nigdy nie zapewni nam takich doznań.

Michał Pietrzak, kompozytor i producent muzyczny, gitarzysta i skrzypek


JEDNAK BEZ KONKURENCJI

W następnych kilkudziesięciu latach winyl stał się obowiązującym nośnikiem w świecie muzyki. Nie wyeliminowała go ani bardziej poręczna, lecz gorzej brzmiąca kaseta magnetofonowa, ani inne formaty, które na krótko pojawiały się na rynku (np. 8-track tape, czyli kartridże ośmiościeżkowe). Jego dominacji zaszkodziło dopiero wprowadzenie w 1982 roku płyty CD, która szybko zaczęła podbijać rynek. Była mniejsza, trudniej było ją zniszczyć czy zarysować i mieściła niemal 80 minut muzyki. Do tego w latach 80. branża muzyczna zachłysnęła się pierwszymi próbami cyfrowego nagrywania, które wyparło stare, analogowe brzmienia. Kolejna dekada to upadek longplaya, który stał się nośnikiem niszowym. Ba, większość płyt, które powstały w tamtym czasie, w ogóle nie miała swojego winylowego odpowiednika. Upowszechnienie się zapisywania muzyki w formie cyfrowej miało być ostatnim gwoździem do trumny czarnych krążków. Tak się jednak nie stało i od mniej więcej dziesięciu lat obserwujemy powrót longplayów na sklepowe półki.


Od lat kolekcjonuję winyle, mam też dwa gramofony, w tym jeden na korbkę, na którym odtwarzam płyty szelakowe. I choć CD wygrywa z nimi czystością brzmienia, to właśnie ten „brudzik” powoduje, że płyty analogowe mają niepowtarzalną magię, delikatność, autentyczność i charakter. Zestawiać winyle z nośnikiem CD to tak jakby porównać piękny, stary zegar do cyfrowego chronometru – ten drugi tylko mierzy czas, nic więcej.
Gdy biorę do ręki płytę analogową, wczytuję się w każdą literkę na okładce, podziwiam każdy grafi czny szczegół. To rarytas i gadżet – z pewnością przeżyje płytę CD, która nie wytrzyma konkurencji z innymi cyfrowymi nośnikami, wygodniejszymi w użyciu i transporcie.

Grzegorz Kupczyk, wokalista (Turbo, CETI)


GRATKA DLA KONESERÓW

Skąd wziął się renesans płyty winylowej? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Z jednej strony to zapewne swego rodzaju nostalgia za tym,
co minęło, a może i moda na styl retro, która dotknęła również świat muzyki. Wszak o wiele lepiej jest się pochwalić swoją kolekcją płyt, która malowniczo wygląda na półkach, niż ilością gigabajtów z piosenkami na dysku laptopa. Albumy również często stanowią małe dzieła sztuki. Ich okładki, szczególnie te sprzed kilku dekad, wyglądają jak małe obrazy, często obfitujące w niezwykłe szczegóły. W wersji CD czy ekranowej tracą wiele ze swego uroku. Same krążki też mają różne kolory i wzory. Osobną kategorią są tak zwane picture discs, czyli płyty z umieszczonym pod przezroczystą warstwą winylu obrazkiem (niestety odbija się to na brzmieniu nagrań). Albumy mogą też skrywać różne niespodzianki – możliwe jest na przykład zapętlenie końcówki w taki sposób, że igła zaczyna w kółko odtwarzać jeden fragment – taki efekt pojawia się np. na końcu słynnego „Sgt. Pepper’s Lonely Heart Club Band” The Beatles. Muzykę można też wytłoczyć na wyklejce (czyli papierowym środku płyty), rowki na końcówce płyty rozmieścić tak, że podczas odtwarzania układają się w hologram nad gramofonem, a piosence nadać dwa różne początki – w zależności od miejsca, na które położymy igłę. Te możliwości wykorzystał przy produkcji albumu „Lazaretto” jeden z największych winylowych zapaleńców w branży muzycznej – Jack White. Nie bez znaczenia jest również wprowadzanie na rynek limitowanych edycji czy wersji albumu różniących się kolorem winylu. To, w połączeniu z naturalnym zużyciem płyt i z mniejszymi niż w przypadku CD nakładami, powoduje, że albumy winylowe zyskują rangę gratki dla kolekcjonerów, a ich trudno dostępne czy stare wydania osiągają bardzo wysokie ceny. Płyta winylowa w pewien sposób wymusza też uważniejsze słuchanie muzyki. Tu nie ma mowy o przeskakiwaniu ze ścieżki na ścieżkę – oczywiście można co chwila celować igłą w kolejne nagrania, ale to mało wygodne. Nie za bardzo działa też przewijanie, chyba że ktoś chce, na didżejską modłę, skreczować i kręcić talerzem. Słuchanie muzyki z winyla po prostu oznacza najczęściej odtworzenie całej płyty – od początku do końca.

IDEALNE BRZMIENIE

Osobnym tematem, roztrząsanym od lat na przeróżnych forach dla audiofilów, jest jakość dźwięku. Są tacy, którzy uważają, że tylko winyl we właściwy sposób reprodukuje muzykę, szczególnie tę nagraną na analogowym sprzęcie studyjnym, i że jej brzmienie na takim nośniku jest
cieplejsze. Nie da się ukryć, że nagrywanie dźwięku na płyty winylowe wymuszało pewne zachowania w procesie masteringu, czyli finalnego przygotowywania dźwięku do wytłoczenia na nośniku – utwory na nim zawarte nie mogły być za głośne. A uporczywe podnoszenie głośności w latach 90. i w pierwszej dekadzie XXI wieku, tak aby rządzące wówczas pliki cyfrowe (odtwarzane w słuchawkach podłączanych do smartfonów) były lepiej słyszalne, spowodowało spadek dynamiki poszczególnych partii instrumentów. Całość zaczęła brzmieć jednostajnie i płasko, zdarzały się nawet przesterowane fragmenty – przykładem takiego procederu jest „Death Magnetic” Metalliki. Dziś te albumy często
poddawane są ponownemu masteringowi w celu znormalizowania dźwięku, a później… wytłaczane na winylu. Swoje premiery na czarnych krążkach ma wiele płyt, które powstały w „antywinylowych” dekadach. Istnieją też fi rmy specjalizujące się w tego typu reedycjach, na przykład holenderska Music On Vinyl.

ROSNĄ W SIŁĘ

Prognozuje się, że w tym roku w USA po raz pierwszy od 1986 roku więcej zysku przyniosą krążki tradycyjne niż płyty CD. W Polsce w 2018 roku odnotowano wzrost sprzedaży płyt winylowych o 8 proc. – wydaliśmy na nie ponad 31 mln złotych – a ich ogólny udział w sprzedaży wszystkich nośników wzrósł do 16,1 proc. Jak wygląda przyszłość winyli? Nie ma się co oszukiwać – nigdy nie staną się znów wiodącym nośnikiem muzyki. Dziś piosenek słucha się przede wszystkim ze streamingu. Ale płyta analogowa na pewno jeszcze długo pozostanie ważnym elementem rynku muzycznego.