JEST PAN ZWIĄZANY Z PIOSENKĄ AKTORSKĄ. SKĄD ZNALAZŁ PAN W SOBIE ZAINTERESOWANIE TAKIM WŁAŚNIE REPERTUAREM? CZY PAMIĘTA PAN SWÓJ PIERWSZY WYSTĘP NA SCENIE?

Muszę przyznać, że… nie pamiętam. (śmiech) To też zależy, co uznamy za taki pierwszy występ. Natomiast jeśli chodzi o piosenkę aktorską, to interesowałem się piosenką samą w sobie. Dorastałem w latach, w których był jeden program polskiego radia i jeden program telewizji. Słuchałem więc tego, co było nadawane: Czerwonych Gitar, Skaldów, Trubadurów, Szczepanika, Chyły, potem pojawił się jeszcze Wojtek (Młynarski – przyp. red.). I szalenie oni mi się wszyscy podobali. Nie mówiąc o tym, że już wtedy marzyłem o własnym zespole. Próbowaliśmy nawet sami zrobić gitary, ale nam nie wyszło. (śmiech)

NAGRAŁ PAN PŁYTĘ „MÓJ ULUBIONY MŁYNARSKI”, PEŁNĄ OSOBISTYCH INTERPRETACJI UTWORÓW MISTRZA. NA SCENIE WYKONUJE PAN JEGO KOMPOZYCJE OD DAWNA. JAK ZACZĘŁA SIĘ PANA PRZYGODA Z TWÓRCZOŚCIĄ MŁYNARSKIEGO?

W 1965 roku mój brat przyniósł do domu pożyczony od sąsiada z góry szpulowy magnetofon. I na jednej z tych szpulowych taśm magnetofonowych były piosenki Wojtka Młynarskiego. Dokładnie pamiętam utwór „Szajba” – choć nie wiem dlaczego, przecież miałem wtedy tylko dziesięć lat. Nie bardzo rozumiałem, o co w nim chodzi. Jego znaczenie dotarło do mnie dopiero jakiś czas później. Od tego momentu zacząłem słuchać Wojtka, kupowałem wszystkie jego płyty, gdy tylko mogłem. Może to zabrzmieć trochę jak konfabulacja, ale tak było naprawdę. Lato 1968, a może 1969 roku spędzałem w Kołobrzegu z ciocią, wujkiem i kuzynkami. Wojtek miał tam trzy recitale, a ja byłem na każdym z nich dzięki cioci, która podarowała mi pieniądze na bilety. A później, po 1970 roku, gdy mieszkałem już w Warszawie, chodziłem na wszystkie możliwe koncerty, dlatego że po prostu go pokochałem. Jest moim drogowskazem w życiu – ze swoimi tekstami, myślami i stosunkiem do świata.

JAK WYBRAŁ PAN TRZYNAŚCIE UTWORÓW Z PONAD DWÓCH TYSIĘCY NAPISANYCH PRZEZ WOJCIECHA MŁYNARSKIEGO? TO NIE MÓGŁ BYĆ PROSTY PROCES.

Zastanawiałem się nad tym długo. Na początek wybrałem około dwudziestu utworów do programu koncertowego. Szukałem jakiegoś klucza, według którego wybrałbym ten repertuar, ale nie mogłem go znaleźć. Aż w końcu pomyślałem sobie, że trzeba w tym programie, i później na płycie, zostawić takie „kropelki”, znaki. Znalazły się tu więc tłumaczenia Wojtka, bo był w tym świetny, wspaniały. Są piosenki, które lubię i towarzyszą mi od lat. Jest ich co prawda o wiele więcej niż trzynaście, które zmieściły się na płycie. W efekcie trafiły na nią utwory zarówno znane wszystkim, jak i te, których publiczność być może jeszcze nigdy nie słyszała.

MUSZĘ W TAKIM RAZIE ZAPYTAĆ O TĘ JEDNĄ, JEDYNĄ, ULUBIONĄ PIOSENKĘ. JEST TAKA?

Nie, w żaden sposób nie jestem w stanie dokonać wyboru. Myślę, że to po prostu niemożliwe. To tak jak z pytaniem: „Jaka jest pana ulubiona rola?”. Odpowiadam zawsze, że każda, ponieważ w każdą włożyłem swoją energię, swoje możliwości i swoje niemożliwości.

„MÓJ ULUBIONY MŁYNARSKI” TO NIE TYLKO PŁYTA, LECZ TAKŻE KONCERTY NA ŻYWO. CO NAJBARDZIEJ URZEKA PANA W SPOTKANIACH Z PUBLICZNOŚCIĄ?

Publiczność mnie urzeka, również tym, że słucha moich piosenek. Jestem zachwycony! Do tej pory zagraliśmy około stu koncertów i nie pamiętam takiego, który skończyłby się zimno, chłodno i obojętnie. Nawet letnio. Spotykamy się z bardzo gorącymi reakcjami. Po każdym
koncercie miałem takie poczucie, że ludzie są naprawdę zadowoleni i szczęśliwi, ponieważ mogli wysłuchać tych tekstów.

KRĄŻĄ ANEGDOTY O PANA NADZWYCZAJNEJ PAMIĘCI, W KTÓREJ PIELĘGNUJE PAN SETKI TEKSTÓW PIOSENEK, WIERSZY, SPEKTAKLI. ALE CZY KIEDYŚ ZDARZYŁO SIĘ PANU COŚ ZAPOMNIEĆ?

Nie pamiętam! (śmiech) Tu zacytuję Wiktora Zborowskiego, któremu ktoś kiedyś powiedział: „Proszę pana, pan nie umie tekstu”, a on na to odrzekł: „Umiem, umiem, tylko zapomniałem”. To zresztą ciekawe, że wciąż mam w pamięci tyle kwestii i piosenek. Ostatnio wracają
do mnie chociażby te, których uczyłem się w latach 60. Powtarzałem je sobie, nuciłem, śpiewałem, gadałem, a potem gdzieś mi umknęły, za to teraz wracają, jak na przykład numery Trubadurów.

POWIEDZIAŁ PAN KIEDYŚ, ŻE „AKTORSTWO TO ZAWÓD WĘDROWCÓW”. CZY ŁATWO DOSTOSOWUJE SIĘ PAN DO ZMIANY?

Mówiąc o zawodzie wędrowca, miałem na myśli to, że kiedyś aktorzy przemieszczali się po Polsce, podróżując za reżyserami i dyrektorami. Mój ojciec od końca lat 50. do końca lat 60. pracował w Jeleniej Górze, Zielonej Górze, Bielsku-Białej i Białymstoku. Trwało to do 1970 roku, gdy przyjechał do Warszawy i zaangażował się u Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Narodowym. Wówczas jeździło się po to, by grać, ponieważ reżyser mówił na przykład: „Przyjedź do Białegostoku, zaangażuj się, będziesz grał”. Tak realizowało się marzenia. W tym szeroko pojętym znaczeniu, kiedy podążając za reżyserami lub dyrektorami, przenosiło się na drugi koniec kraju, zmieniało
miejsce zamieszkania i całe życie, zawód aktora nie jest już chyba zawodem wędrowca. Tendencja jest raczej taka, że przywiązuje nas mocno etat w teatrze. Niektórzy tkwią w jednym miejscu latami, czasem sobie tylko ponarzekają, że przez tyle lat nic się nie wydarzyło w ich życiu. Ale życie nic nam samo nie przyniesie, jeżeli nie włożymy w to troszkę naszej energii. Ja miałem takie szczęście, że będąc przez 25 lat na etacie w Teatrze Powszechnym, grałem jednocześnie w wielu innych teatrach, takich jak choćby Ochoty, Scena Prezentacje, Ateneum, Rampa. Dzisiaj pracuję w: Och-Teatrze, Teatrze 6. piętro, teatrze IMKA, przez ponad dekadę byłem związany z teatrem w Częstochowie, gościnnie grałem choćby w Olsztynie. Na co dzień przemierzam niezliczone tysiące kilometrów. Występuję na deskach teatrów, jeżdżę po całym kraju ze spektaklami, a przede wszystkim – ze swoimi koncertami.

TEATR, SCENA, PLANY ZDJĘCIOWE – PANA KALENDARZ MUSI BYĆ BARDZO NAPIĘTY. ZOSTAJE PANU CHOĆ ODROBINA CZASU WOLNEGO, NA PRZYKŁAD NA PODRÓŻOWANIE?

Różnie bywa, bo jak się pani domyśla, to nie jest taki zawód, w którym codziennie ma się zajęcia. Oczywiście, kiedy tych zadań jest dużo, to jest fajnie. Dla przykładu, jak policzyła moja menedżerka, w 2018 roku wystąpiłem na żywo ponad 150 razy. Tak się składa, że przez te blisko czterdzieści lat pracy zdarzały się „puste przebiegi”, ale nie było ich dużo. Na szczęście dla mnie, bo świadczy to o tym, że jestem w tym zawodzie użyteczny. A to jest chyba najistotniejsze – poczucie, że jestem potrzebny. Zostaje mi więc tylko odrobina czasu na to, aby na chwilę, krótszą czy dłuższą, oderwać się od codzienności. Gdy tylko mam trochę przestrzeni w kalendarzu, marzę i zastanawiam się, dokąd by polecieć, aby zmienić – że tak to górnolotnie określę – rzeczywistość.

A CZY SĄ TAKIE MIEJSCA NA MAPIE POLSKI, KTÓRE NAZWAŁBY PAN ULUBIONYMI I DO KTÓRYCH WIELOKROTNIE PAN POWRACA?

Tak, to są na pewno Mazury. Wiem, że w Polsce jest wiele miejsc, których jeszcze nie dotknąłem, nie odkryłem, i gdy tylko wystarczy mi czasu, postaram się to zmienić. Chciałbym bardziej poznać Bieszczady, bo byłem tam jedynie dwa razy i to na krótko. I jeszcze Beskidy.

JAKIE PLANY ZAWODOWE PRZED PANEM?

To dla mnie bardzo intensywna jesień. Gram w teatrach, koncertuję. W październiku nakładem Sony Music Polska ukazała się moja płyta, z czego bardzo się cieszę. Rozpocząłem też próby w Och-Teatrze. Pracujemy nad sztuką w reżyserii Krystyny Jandy, która również sama w niej wystąpi. Premiera odbędzie się w lutym przyszłego roku. Będzie to bardzo zabawna czarna komedia. Poza tym dużo pracuję i czekam – a nuż coś się wydarzy. I szczęśliwie się wydarza. Nie bardzo potrafię o to specjalnie zabiegać. Robię swoje. Kalendarz się zapełnia. Dodam jeszcze, że obecny czas nie jest łatwy dla nas, dla aktorów. Chyba nigdy nie był. Kiedy zaczynałem pracę zawodową, to nie funkcjonowały wtedy jeszcze pomocne dzisiaj agencje aktorskie czy menedżerowie. Z latami zaczęło się to zmieniać. Mam to szczęście, że trafi łem na wspaniałą menedżerkę, która bardzo dba o to, żebym się nie nudził, za co jestem jej wdzięczny. Karolina z równym zaangażowaniem koordynuje wszystkie terminy moich działań zawodowych, strzeże dat przeznaczonych na nieliczne urlopy i wyjazdy prywatne.

JAK ZAMIERZA PAN ZAKOŃCZYĆ 2019 ROK?

Na pewno nie hucznym balem sylwestrowym, bo tego nie cierpię. (śmiech) Chciałbym spędzić przełom 2019 i 2020 roku kameralnie, z najbliższymi. Mam nadzieję wyjechać w tym czasie na długo wyczekiwany urlop, chociaż na chwilę.