W 1899 roku – jako osiemnastolatek – wybrał się wraz z rodziną na wycieczkę z Krynicy przez Muszynę, Żegiestów do Piwnicznej, a następnie istniejącym od średniowiecza traktem handlowym na węgierski Spisz. Jechał wynajętą na kilka dni konną dorożką. Było ciasno, gdyż wspólnie podróżowało pięciu pasażerów. Najwygodniej miał Orłowicz, który jechał na koźle obok dorożkarza. Wspomnienia z tej wyprawy zebrał w swych pamiętnikach.

WĘGIERSKIE SMAKI DLA ODWAŻNYCH

Ówczesny Spisz był zamieszkały przez Słowaków, Polaków, Rusinów, Niemców, Węgrów i Cyganów. Orłowicz podziwiał piękno krajobrazu, zabytkowe miasta i miasteczka oraz zamki w ruinie. Turyści mogli porozumiewać się po polsku lub słowacku, a w uzdrowiskach (Łomnica Tatrzańska, Smokowiec, Szczyrbskie Jezioro) – jedynie po węgiersku. Węgrami byli bowiem nie tylko kuracjusze, lecz także służba. Znajomość języka niemieckiego na niewiele się zdała, czego podróżujący doświadczyli zaraz po przekroczeniu granicy, w miejscowości zwanej po polsku Lubowelskie Kąpiele – a po węgiersku Lublo Fürdö – gdzie zatrzymali się na obiad. Oddajmy głos pamiętnikarzowi: „Weszliśmy do dużej sali jadalni, w niewielkim Domu Zdrojowym. Stoły nakryte były w podkowę, jak w pensjonacie, publiczność złożona była z bardzo korpulentnych panów i ważących po 100 kilogramów pań, rozmawiających tylko po węgiersku; jadłospis był węgierski, usługa władała tylko językiem węgierskim. Raczej na migi zamówiliśmy potrawy, nie wiedząc w dodatku jakie. (…) Zamówiony obiad nam nie smakował, bo był zbyt tłusty i doprowadził do rozstroju żołądka. Ze zdrowym żołądkiem z Lubowelskich Kupeli wyjechali wówczas tylko ci z uczestników naszej małej wycieczki, którzy nic nie jedli prócz chleba i owoców popitych winem”. W menu widniało prosię pieczone na rożnie, ociekające tłuszczem, w paprykowym sosie, od którego „aż usta pękały po konsumpcji”. Na deser podano gołąbki z czerwonej papryki z ryżem, które wzmogły jeszcze pragnienie, ale nie zaspokoiły głodu, bo nie dało się ich jeść.

SPŁYW DUNAJCEM I CYGAŃSKA MUZYKA

Podczas tej podróży na dłużej zatrzymali się w Szczawnicy, by spacerować po Pieninach i odbyć spływ Dunajcem. Północny brzeg należał do Polski, a południowy – do Węgier, z wyjątkiem małego fragmentu od Szczawnicy do Leśniewskiego Potoku. Wysiadało się na brzegu węgierskim koło Czerwonego Klasztoru, gdzie tamtejsze służby skarbowe wydawały bilety na spływ, ściągając wysoki podatek. Bilety drukowane były tylko w języku węgierskim, chociaż przewoźnikami i gośćmi byli w dziewięćdziesięciu procentach Polacy. W połowie spływu, na małej polance po stronie węgierskiej, urządzono godzinny postój. Goście mogli się napić wina, białej kawy lub tańczyć przy cygańskiej orkiestrze grającej mazura, krakowiaka i czardasza. Muzykujący w ubraniach wchodzili do rzeki, by grać jeszcze łodziom przepływającym przez bramy powitalne robione z kwiatów przez cygańskie dzieci, a wszyscy oczekiwali na napiwek. Przy okazji pobytu w Szczawnicy turyści udali się również do zamku w pobliskiej Niedzicy. Jego właścicielami byli Węgrzy, baronowie Salomon z Pesztu, którzy wrogo odnosili się do ruchu turystycznego, a zwłaszcza do Polaków. Tilos bemenet (wstęp wzbroniony) – taki napis widniał nad wejściem do zamku, oczywiście bez żadnego polskiego komentarza. Wreszcie towarzystwo dotarło do Zakopanego. Nikt nie odważył się chodzić po Tatrach, oczywiście z wyjątkiem młodego Orłowicza, który – urzeczony przyrodą – doszedł wówczas do Morskiego Oka. Za węgierskimi Tatrami jednak nie przepadał – turystów z Polski traktowano tu jak gości drugiej kategorii. Musieli stołować się w kuchni, wraz z dorożkarzami i przewodnikami tatrzańskimi. Jedyną tego zaletą były ceny – w kuchniach zawsze niższe. Policja węgierska w owym czasie bardzo nieprzychylnie patrzyła na Polaków, podejrzewając ich o panslawizm. Zarówno więc Orłowicz, jak i jego koledzy rzadko wybierali tereny Tatr Węgierskich na swoje wędrówki.

BUDAPESZT, JAKIEGO NIE ZNANO

Kilka lat później, w 1907 roku, Orłowicz wybrał się z Wiednia dalej na Węgry – do Budapesztu. Zaplanował pobyt na dwa dni, by później wrócić do Lwowa, jednak pogoda pokrzyżowała mu szyki. Był początek lutego, sypał gęsty śnieg – z tego powodu pociąg przyjechał z dużym opóźnieniem. Informowano, że komunikacja w kierunku Karpat zostaje wstrzymana na dwa-trzy dni. Orłowicz utknął w Budapeszcie z bardzo małą sumą pieniędzy, odliczoną na jedną dobę hotelową. Przypomniał sobie wówczas o przytułku dla bezdomnych w tutejszym klasztorze braci albertynów przy Rothenbiller utca 4. Nocleg i bułka z herbatą na śniadanie kosztowały cztery grajcary. Przed wejściem do dwudziestoosobowej sypialni należało się rozebrać do naga i ubrać w strój nocny przygotowany przez zakonnika. Łóżko było bez pościeli, ale z kocem i słomianą poduszką. Następnego dnia, na mocy zarządzenia magistratu, wszyscy korzystający z noclegu musieli odśnieżać miasto przez osiem godzin. Praca nie była ciężka, tym bardziej że temperatura wynosiła zero stopni. I – o dziwo – była płatna. Trzeciego dnia, gdy przestał padać śnieg, Orłowicz postanowił zwiedzić Budapeszt. Kupił chleb i najtańszą, ale „doskonałą, czysto wieprzową i mocno wędzoną” kiełbasę. Chciał ją popić zimną wodą, jednak z kranu przy chodniku płynął… wrzątek z gorącego źródła mineralnego, który wykorzystywano do mycia dorożek. Orłowicz był jeszcze wielokrotnie w Budapeszcie i na Węgrzech, ale nie pozostawił opisu tych wycieczek. Z sentymentem wspominał jedynie te pierwsze pobyty, przedstawiając je jako niezapomniane przygody z młodości.