Trend slow life ma swój początek w latach 80. XX wieku. To wtedy Włoch Carlo Petrini, kucharz i krytyk kulinarny, zaprotestował przeciwko zyskującej coraz większą popularność tendencji spożywania posiłków, które – jego zdaniem – nie miały nic wspólnego z tym, czym powinno być prawdziwe jedzenie. Petrini, orędownik niespiesznych spotkań przy stole i wspólnej celebracji smaków, wystąpił przeciwko sieci McDonald’s, która swój kolejny punkt z hamburgerami chciała otworzyć tuż przy rzymskich Schodach Hiszpańskich. Można uznać, że ze starcia z fast foodowym gigantem Petrini wyszedł zwycięsko (pomimo że restauracja i tak została otwarta), gdyż zapoczątkował ruch, który trzy dekady później wciąż rozkwita i obejmuje wiele dziedzin życia – nie tylko jedzenie, lecz także modę, rodzicielstwo czy podróżowanie.

Z SERCEM NA TALERZU

Staranne selekcjonowanie składników, brak półproduktów, długi proces przygotowywania – wszystko po to, by podawane na stół potrawy zachwycały nie tylko smakiem, lecz także zaangażowaniem potrzebnym do ich przyrządzenia. Ruch slow food, zainicjowany przez Petriniego, przypomina nam, że nawet tak podstawowa czynność jak jedzenie może być wykonywana albo w pośpiechu (i służyć tylko zaspokojeniu głodu), albo w spokoju (i dawać radość ze smakowania). Slow food pozwala na namysł. Jego zwolennicy mówią o obronie prawa do smaku, w swej filozofii nawiązując także do ochrony dziedzictwa kulinarnego, ekologii i świadomych wyborów. Coraz więcej osób zwraca uwagę na to, skąd pochodzą dane składniki, jak są uprawiane czy pozyskiwane. Powszechnym trendem staje się wnikliwe czytanie etykiet i wybieranie tych produktów, które nie tylko są smaczne, lecz także zdrowe.

PASJA CZY MARKETING?

Stąd już tylko krok do slow cosmetics (kosmetyków wytwarzanych ręcznie, z naturalnych składników), slow fashion (ograniczania kupowania ubrań tylko do tych rzeczywiście niezbędnych) czy slow business (pracy w optymalnym tempie). Założenia ruchu slow (slow movement) można w zasadzie przełożyć na każdą dziedzinę. Dziś taki styl życia stał się niezwykle popularny. Współczesny świat przyspiesza z każdym rokiem, a obecnie osiągnął już trudne niekiedy do wytrzymania tempo. Konieczność bycia na bieżąco, która wymuszają na nas komputeryzacja i stały dostęp do informacji, jest męcząca i wiele osób szuka od niej odpoczynku, ratunku upatrując w slow life. A może ruch ten stał się kolejną modą, sprytnie podsuwaną przez marketingowców?

NIE CHCĘ BYĆ ŚLIMAKIEM

Warto dla równowagi przyjrzeć się temu, co w ruchu slow mogłoby odstraszać. Po pierwsze – jeśli nie znamy jego założeń, może nam się wydawać, że jesteśmy poddawani dyktatowi wyborów, jakie powinniśmy podejmować. Jeżeli kosmetyki – to tylko naturalne, ubrania – wyłącznie te, które są nam niezbędne, mieszkania – urządzone w zgodzie z minimalizmem. A gdy nie będziemy szczęśliwi, gdy zmusi się nas do mycia naturalnym mydłem (kilkukrotnie droższym od zwykłego), chodzenia kilka sezonów w tej samej kurtce lub mieszkania w pustym pokoju, z którego – kierując się wytycznymi z książki – wyrzuciliśmy wszystkie dodatkowe sprzęty? Bohater najnowszego filmu Oliviera Assayasa „Podwójne życie” chce być modny i dlatego ostentacyjnie jest offline – czy wielu z nas nie wpadnie w taką pułapkę podążania za trendami, które polegają właśnie na kontestowaniu tego, co jest na czasie?

ŻYCIE WE WŁASNYM TEMPIE

Warto pamiętać, że bycie slow stwarza przede wszystkim możliwości ku temu, by odnaleźć takie tempo, które będzie
odpowiadało nam samym. Sekretem jest tu balans i harmonia. Pamiętajmy przy tym, że wiele osób chce wykorzystać slow life, by zarobić – posługuje się tym trendem, żeby namawiać do zakupu ubrań i kosmetyków, oczywiście opisanych jako „naturalne” czy „bio”. Zastanówmy się, czego chcemy, co daje nam radość, co jest dla nas ważne. Kiedy chcemy przyspieszyć, a kiedy czujemy, że powinniśmy zwolnić? Wszystko jest kwestią wyczucia i indywidualnych preferencji – gdy je odnajdziemy, spokój i wyciszenie w naturalny sposób będą owocem świadomych wyborów.