JAK WSPOMINA PANI ŚWIĘTA Z CZASÓW DZIECIŃSTWA W RODZINNYM DOMU?

Gdy myślę o świętach, to przede wszystkim wspominam tatę, który przynosił prawdziwą choinkę z lasu. Była ona pachnącym symbolem początku świąt, które kojarzą mi się też ze śniegiem i oczywiście z czekaniem na dziadków! To było dla nas bardzo ważne wydarzenie – dziadkowie przyjeżdżali saniami z dzwonkami, przez co zawsze najpierw było ich słychać, a dopiero potem widać. Wszyscy byliśmy bardzo podekscytowani ich przybyciem, w tamtych czasach była to pieczołowicie przygotowywana wyprawa! Oczywiście dla mnie, wtedy dziecka, święta oznaczały prezenty. Jednak w mojej rodzinie te większe dostawało się 6 grudnia, w mikołajki, natomiast prezenty pod choinkę były skromniejsze, głównie owoce, czekolada i inne smakołyki. Święta to też dla mnie zapach pomarańczy. W latach 80. to był prawdziwy rarytas i do dziś nie wiem, jak dziadek je dla nas zdobywał – najpewniej stojąc w długich kolejkach lub po znajomości! Niemniej zawsze w święta dostawaliśmy dwie pomarańcze, jedną dla mnie i jedną dla brata. Oczywiście dzieliliśmy się nimi ze wszystkimi. Niezwykle intensywny zapach tamtych pomarańczy pozostał na stałe w mojej pamięci. Dzisiaj te owoce już tak nie pachną.

WYOBRAŻAM SOBIE, ŻE W KUCHNI DUŻO SIĘ DZIAŁO! CO KRÓLOWAŁO NA ŚWIĄTECZNYM STOLE?

W naszej kuchni działo się bardzo, bardzo dużo! W dzisiejszych czasach przygotowanie świąt jest szybsze – są tzw. gotowce, z których można korzystać, i miejsca, gdzie zamówimy konkretne dania i wypieki. Kiedy byłam dzieckiem, robiliśmy wszystko ręcznie, samodzielnie, krok po kroku. Dwa tygodnie przed świętami mama przygotowywała, oczywiście z naszą pomocą, pierogi, które później były mrożone. Podobnie krokiety czy uszka – każda potrawa miała swój dzień, który poświęcaliśmy na jej przyrządzenie. Wtedy w Wigilię pracowano do południa, dlatego wszystko, co można było zrobić wcześniej, było rozplanowane. Na stole, poza tradycyjnymi potrawami, królowały wypieki. Makowiec, sernik, piernik z marmoladą czy słynna orzechówka mojej mamy, a nawet dwie! Jedna miała kruche spody przełożone masą kawową, a na wierzchu karmelizowane w miodzie orzechy włoskie. Druga była ucieranym ciastem, do którego dodawało się pół kilograma najróżniejszych orzechów, obkładało się je wafl ami i także masą kawową. W naszym domu panowała jedna ważna zasada – przygotować wszystko wcześniej, a nie krzątać się niepotrzebnie po kuchni! Od Wigilii do Szczepana po prostu świętowaliśmy, spędzaliśmy czas razem, cieszyliśmy się sobą i nie było już mowy o żadnej pracy.

CZY CZĘŚĆ TEJ TRADYCJI NADAL PANI UTRZYMUJE, PRZYGOTOWUJĄC ŚWIĘTA ZE SWOJĄ RODZINĄ? BEZ JAKICH POTRAW NIE WYOBRAŻA SOBIE PANI WIECZERZY WIGILIJNEJ?

Nauczona tradycją z dzieciństwa staram się w swoim domu także przygotowywać wszystko samodzielnie, nie korzystam z gotowych rozwiązań, mimo że prowadzę restaurację i mogłabym po prostu odebrać z niej komplet gotowych dań. Ale to nie dla mnie. Chcę, żeby było jak u mamy, zresztą na to liczy też rodzina, bo od kilkunastu lat to ja organizuję święta u siebie w domu. Tak jak moja mama – chcę, by wszystko przygotowywane było z miłością i zaangażowaniem. Dania i przepisy pozostały takie same i nadal robię orzechówki!

KTO POMAGA PANI W ŚWIĄTECZNYCH PRZYGOTOWANIACH?

Cała rodzina. U nas to nieodłączny element budowania świątecznej atmosfery. Mamy swój kanał kontaktu w mediach społecznościowych i tam wrzucam swego rodzaju ogłoszenia dla bliskich. Na przykład z informacją, że tego i tego dnia robimy pierniczki lub sałatkę warzywną, i z pytaniem o to, kto przyjdzie z pomocą. Najciekawiej jest u mnie właśnie z pierniczkami – ich tworzenie zamienia się niemal w zawody cukiernicze! Nic dziwnego, robię ich aż kilkaset – na bazie krakowskiego przepisu mojej teściowej, stąd ich nazwa – „pierniczki babci Lidii”. Następnie w dekoracji pomagają kuzynki, ciocie, każdy, kto ma ochotę. Tworzy się wtedy taka naturalna rywalizacja o to, czyje pierniczki będą ładniejsze. Uwielbiam to obserwować. Jest gwarno, wesoło i bardzo rodzinnie. Także z pierogami mamy niezły ubaw! Każdy skleja je po swojemu, w innym stylu i na różne sposoby, a potem przy kolacji wigilijnej zgadujemy, który jest czyj i oceniamy to, jak jest zrobiony. Zawsze wywołuje to salwy śmiechu!

JAK RADZI SOBIE PANI ZE ŚWIĄTECZNĄ GORĄCZKĄ?

Zupełnie mnie ona nie dotyczy. Jak wspominałam, wszystko planuję z wyprzedzeniem. Prezenty dla bliskich zbieram przez cały rok. Gdy tylko widzę coś, co będzie doskonałym wyborem dla danego członka rodziny, kupuję i ukrywam w domu aż do świąt. Dzięki temu jest to także mniej obciążające finansowo – przy tak sporej rodzinie kupienie wszystkich prezentów jednocześnie, w grudniu lub listopadzie, byłoby ciężkie dla domowego budżetu. Podobnie z zakupami. Produkty sypkie i suche, które mają długie terminy przydatności – mąki, cukier, przyprawy itp. – kupuję stopniowo, już kilka miesięcy wcześniej. Przed samymi świętami zaopatruję się w warzywa i owoce. Robię to w zaprzyjaźnionym warzywniaku, gdzie dostarczam wcześniej przygotowaną listę zakupów, a potem odbieram gotowe skrzynki pełne tego, czego potrzebuję. Mam też sprawdzony patent na to, gdy czegoś zabraknie lub trzeba dokupić kilka produktów przed samymi świętami. Jadę wtedy do supermarketu otwartego całodobowo, zwykle około godziny 23. W sklepie w ogóle nie ma ludzi! Puste alejki oznaczają spokojne zakupy. To taki mój mały trik, by nie dać się wciągnąć w przedświąteczną nerwówkę.

JEST PANI OSOBOWOŚCIĄ TELEWIZYJNĄ – „EWA GOTUJE” GOŚCI NA ANTENIE JUŻ 12 LAT. CZY NIGDY NIE BRAKUJE POMYSŁÓW NA KOLEJNE PRZEPISY?

Absolutnie nie, choć mnie samą to czasem dziwi! To już ponad 400 odcinków i grubo ponad 1,5 tys. przepisów! Można by pomyśleć, że nie da się wymyślić więcej. Ale ja dużo inspiracji czerpię z podróży. Na przykład ostatnio odwiedziłam cudowne koło gospodyń, które poczęstowało mnie grzybowymi babeczkami. Pomyślałam, że to genialne danie, i stwierdziłam, że spróbuję je odtworzyć, dodając coś od siebie. Inspirują mnie także sezony, pory roku, świeże produkty. Wystarczy odrobina fantazji, by uzyskać nietypowe połączenie, nowy sposób przygotowania czegoś tradycyjnego i kolejny przepis zaczyna tworzyć się w mojej wyobraźni. Poza tym, że dużo podróżuję, kolekcjonuję książki kucharskie i tam zawsze znajdę coś, co mogę zrobić po swojemu. Najważniejszy jest otwarty umysł – czasami wystarczy wycieczka do sąsiedniej wioski i wracam z garścią pomysłów na przepisy.

CZY NIE MA PANI CZASAMI OCHOTY ODPOCZĄĆ OD GOTOWANIA I MEDIÓW? ZNAJDUJE PANI JESZCZE CHWILE TYLKO DLA SIEBIE?

Staram się je mieć, są one dla mnie bardzo cenne, bo czasem każdy musi zwolnić. Nie jest tajemnicą, że najczęściej odpoczywam w górach, zdobywając kolejne szczyty wspólnie z przyjaciółmi i rodziną. Jestem wtedy z dala od kamer, mediów społecznościowych i całej tej, w moim przypadku intensywnej, codzienności. Czasami mi tego potrzeba, by nie dać się zwariować. Żyję szybko, w otoczeniu wielu ludzi, spraw, obowiązków. W górach mam wiatr we włosach, wyłączony telefon i nie spoglądam w kalendarz. Tam też, w obliczu ogromu przyrody, wszelkie problemy wydają się małe.

ZAMIAST ZAPYTAĆ O PLANY NA KOLEJNY ROK, ZAPYTAM O KULINARNE MARZENIE. GDYBY MOGŁA PANI NA JEDEN DZIEŃ PRZENIEŚĆ SIĘ DO DOWOLNEJ KUCHNI NA ŚWIECIE I GOTOWAĆ Z JEDNĄ, WYBRANĄ PRZEZ SIEBIE OSOBĄ… JAKI BYŁBY PANI WYBÓR?

Jamie Oliver, zdecydowanie! Najlepiej, gdybyśmy wspólnie wybrali się do Włoch! „Włoska wyprawa Jamiego” to jedna z moich ulubionych książek kulinarnych i zdecydowanie najlepsza autorstwa tego kucharza. Chciałabym razem z nim przygotować ręcznie makaron, zachwycić się klimatem południowych Włoch i dzielić kulinarną pasję do prawdziwości smaków.

DARY – TO HASŁO GRUDNIOWEGO NUMERU NASZEGO MAGAZYNU, PROSZĘ POWIEDZIEĆ, JAKI NAJPIĘKNIEJSZY PREZENT KIEDYKOLWIEK PANI OTRZYMAŁA?

Zbieram winyle i często moim znajomym udaje się wyszperać dla mnie coś wyjątkowego. Najwspanialszy prezent, jaki dostałam, jest właśnie z tym związany. Przyjaciel podarował mi płytę winylową Michaela Jacksona z autografem! To kolekcjonerski egzemplarz, prawdziwa perełka w moim zbiorze. Nie wiem, jak go zdobył, domyślam się, że upolował na jakiejś internetowej aukcji. To, co mnie urzekło, to fakt, że musiał poświęcić na to sporo czasu, a to tylko pokazuje, jak szczera i głęboka może być prawdziwa przyjaźń.

PRZEPIS NA CIASTO EWY WACHOWICZ – MIGDAŁOWA ŚNIEŻYNKA
• 100 g zmielonych migdałów
• 120 g mąki
• 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
• 200 g masła
• 180 g drobnego cukru
• 4 jajka
• 2 łyżeczki ekstraktu z migdałów
• lukier
• sok z cytryny
• 40 ml likieru migdałowego
• cukier puder

ZDOBIENIE:

• kuleczki-perełki z cukru

OPIS PRZYGOTOWANIA:

1. Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej.
2. Do miski wsypać zmielone migdały. 3. Dodać mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia, wymieszać.
4. W drugiej misce utrzeć miękkie masło. Porcjami dodać cukier, cały czas miksując. Wbić jajka – po jednym. Wsypać mąkę z proszkiem do pieczenia i migdałami. Wlać ekstrakt migdałowy. Wymieszać i przełożyć do foremki (formę dokładnie wysmarować masłem i wysypać mąką).
5. Wstawić na 45 minut do piekarnika rozgrzanego do 160ºC.
6. Zaraz po upieczeniu wyjąć z formy, by ciasto nie przywarło.
7. Po wystudzeniu udekorować lukrem (na soku z cytryny, likierze migdałowym i cukrze pudrze). Ozdobić perełkami z cukru.
Jeżeli nie masz specjalnej formy w kształcie gwiazdki – nic straconego. Możesz zrobić ciasto w dowolnej formie – będzie równie pyszne.