Paweł Michalski – Zdobywca pięciu ośmiotysięczników, członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu i Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego. Zorganizował i brał udział w kilkunastu ekspedycjach w Himalaje i Karakorum. Pomiędzy wyprawami jest pracownikiem naukowym – w 2011 roku uzyskał stopień doktora nauk ekonomicznych. Wykłada na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu.

CO PANEM KIERUJE – PASJA CZY MOŻE SZALEŃSTWO? JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE RUSZYŁ PAN KU NAJWYŻSZYM SZCZYTOM?

Na pewno jest to pasja. Szaleństwo z pewnością nie, bo działam rozsądnie, równoważąc wyprawy, życie prywatne i pracę zawodową. Mój tato wspinał się przeszło 40 lat, poczynając od rodzimych skałek, przez Alpy i Kaukaz, aż po Himalaje. Od dziecka byłem związany z górami – razem z braćmi spędzałem pół wakacji w Tatrach. Naturalną koleją rzeczy było więc dla mnie zdobywanie szczytów. Wspinałem się coraz intensywniej, coraz wyżej i w końcu, już jako dorosły człowiek, w 2005 roku ruszyłem w Himalaje, mając na koncie najwyższe szczyty na pozostałych kontynentach. Na większość, od Alaski po Antarktydę, wszedłem zresztą razem z tatą, zdobywając Koronę Ziemi. Nie udało nam się wejść razem jedynie na Everest. Pokonał nas… brak funduszy, bo jest to pasja kosztowna.

DZIŚ WYPRAWA NA OŚMIOTYSIĘCZNIKI JEST KWESTIĄ PIENIĘDZY I NA SZCZYTACH STAJĄ NAWET NIEDOŚWIADCZENI TURYŚCI. JAK OCENIA PAN TEN WYSOKOGÓRSKI BOOM?

Kiedyś środowisko wspinaczy było wąską grupą, a Himalaje odległym celem, który trudno było osiągnąć. Dziś świat się skurczył chociażby dzięki liniom lotniczym – dotarcie do Tybetu nie stanowi już wyzwania. Inną rzeczą jest fakt, że dla Nepalu i Pakistanu wspinaczka wysokogórska to źródło przychodów. Trudno więc dziwić się komercjalizacji tej dziedziny sportu, zwłaszcza w krajach, gdzie mieszkańcy nie mają alternatywnych sposobów zarobkowania. Samo pozwolenie na zdobywanie Mount Everest to koszt 11 tys. dolarów, a jak wiemy, chętnych nie brakuje. Przyjezdni korzystają z wielu usług dodatkowych, wynajmując tragarza, kucharzy czy przewodników. Zarabiają też agencje, które kompleksowo organizują dla majętnych turystów wyprawy ze wsparciem Szerpów, wspomaganiem tlenowym i wszelkimi możliwymi wygodami. Trudno jednak zabraniać wypraw w góry tym, którzy tego pragną i mogą sfinansować sobie wspomniane formy wspinaczki. Oczywiście efekty takiej komercjalizacji bywają kuriozalne. Co roku, na przełomie kwietnia i maja, w bazie pod Everestem przebywa ponad dwa tysiące osób! Rząd nepalski miał wprowadzić pewne ograniczenia i regulacje dotyczące możliwości zdobywania ośmiotysięczników, ale jak dotąd takie przepisy nie weszły w życie. Choć popieram ten pomysł, nie jestem przeciwny komercjalizacji. Uważam ją po prostu za znak naszych czasów.

MEDIA W SWYCH DONIESIENIACH BEZUSTANNIE MYLĄ WSPINACZY ALPINISTÓW Z TURYSTAMI. CZYM RÓŻNI
SIĘ WSPINACZKA TURYSTYCZNA OD SPORTOWEJ?

Przede wszystkim trzeba wyraźnie zaznaczyć – jeśli ktoś chce wspinać się w Himalajach, nie powinien zaczynać od Himalajów. Dobrym początkiem będzie kurs skałkowy, chociażby w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, następnie kurs letni w Tatrach. Warto przy tym uzyskać kartę taternika, choć nie jest ona dziś obowiązkowa. Równie przydatny jest kurs tatrzański zimowy pod okiem instruktorów Polskiego Związku Alpinizmu. Kolejnym etapem powinny być wyższe góry, np. Alpy, Kaukaz, następnie Pamir czy Andy. Dopiero potem można poważnie myśleć o Himalajach. Natomiast efektem wspomnianej już komercjalizacji jest himalajska turystyka, której oddają się osoby niewyszkolone lub po kursach podstawowych, by nie powiedzieć szczątkowych. Tu decyduje pieniądz – kogo stać, opłaca ekipę, która robi za niego niemal wszystko, do granic możliwości ułatwiając wejście i serwując tlen. Kto jednak myśli o profesjonalnym, sportowym zdobywaniu szczytów, nie może posiłkować się ani usługami tragarzy, ani tlenem, który jest w kontekście rywalizacji sportowej niczym więcej, jak środkiem dopingowym. I to jest podstawowa różnica. Zaznaczam, że nie krytykuję takiej formy wspomagania. Gdyby osoby niedoświadczone miały narażać własne życie, rezygnując z niezbędnego dla nich wsparcia, byłoby to po prostu nierozważne. Natomiast ja niezmiennie zdobywam szczyty bez tlenu i bez tragarzy. I tej metodzie pozostaję wierny.

JAKIE TRZEBA MIEĆ PREDYSPOZYCJE ORAZ PRZYGOTOWANIE, BY ZOSTAĆ HIMALAISTĄ?

Byłem w sumie na osiemnastu wyprawach, w tym sześciokrotnie w Karakorum. Dzięki temu wiem, że aby odnaleźć się w górach wysokich, trzeba wykazać się odpowiednimi cechami fizycznymi. Poza znakomitą kondycją kluczowa jest tu zdolność do szybkiej aklimatyzacji, czyli dostosowania organizmu do warunków panujących na wysokościach. W 70 proc. to kwestia genetyki, w 30 – żmudny trening. I nie wystarczy w takim przypadku wspinaczka na polskie Rysy. Albo więc mamy taką zdolność wrodzoną, albo nie, a jej brak można nadrobić tylko częściowo, trenując w górach lub w komorze hiperbarycznej. Ważne są też odpowiednie cechy psychiczne – odporność i motywacja, gdyż wyprawę poprzedzają długie miesiące ćwiczeń i przygotowań, a podczas wspinaczki piętrzą się przeciwności, których bez odpowiedniego nastawienia nie bylibyśmy w stanie przezwyciężyć. W najwyższych górach każdy walczy z własnymi demonami. Nawet współpraca w grupie staje się wyzwaniem. Dość powiedzieć, że byłem świadkiem sytuacji, gdy dwóch uczestników wyprawy rzuciło się na siebie z czekanami.

KTÓRA Z DOTYCHCZASOWYCH WYPRAW BYŁA DLA PANA NAJBARDZIEJ WYMAGAJĄCA?

W 2015 roku szedłem na Lhotse, gdy zaskoczyło nas potężne trzęsienie ziemi o sile blisko 8 stopni w skali Richtera. Byłem w bazie, gdy na skutek wstrząsów zerwała się spora część grani Pumori. Ogromna kamienno-lodowa lawina uderzyła z prędkością 300 kilometrów na godzinę, przechodząc przez środek obozu bazowego. Wiele osób zginęło, jeszcze więcej było rannych. Udało mi się ukryć za skałą i wyszedłem z sytuacji cało, ale przez kolejne dni wespół z resztą ocalałych prowadziliśmy intensywną akcję ratowniczą.

DOŚWIADCZONY HIMALAISTA WIE, KIEDY ZAWRÓCIĆ, CHOĆ TO CZĘSTO TRUDNIEJSZE DECYZJE NIŻ WEJŚCIE NA SAM SZCZYT. CZY PRZERWANA WYPRAWA NIESIE POCZUCIE PORAŻKI, CZY RACZEJ BUDZI JESZCZE WIĘKSZE PRAGNIENIE PODJĘCIA PONOWNEJ PRÓBY?

Mam za sobą takie doświadczenia. Rezygnowałem ze zdobycia szczytu kilkukrotnie, zawsze z przyczyn ode mnie niezależnych i wyjątkowo poważnych, jak nagłe załamanie pogody, trzęsienie ziemi czy niedyspozycja partnera. Kilkukrotnie podjąłem decyzję o rezygnacji z wejścia na szczyt, by móc zaopiekować się niedomagającym towarzyszem wyprawy i sprowadzić go do obozu. W 2014 roku po dwóch miesiącach ciężkiej walki musiałem zrezygnować 150 metrów poniżej szczytu K2. Dlaczego? Zobaczyłem nadciągającą burzę. Wiedziałem, że jestem w stanie zdobyć szczyt, ale miałem świadomość, że mogłem już z niego nie zejść. Ledwie dotarłem do namiotu, rozpętało się prawdziwe piekło… Gdybym jednak w obliczu takich przeciwności kiedykolwiek się załamał, gdyby choć na moment zabrakło mi motywacji, najpewniej odwiesiłbym sprzęt na kołek, zostawił Himalaje i wrócił co najwyżej na tatrzańskie ścieżki. Dlatego tak ważne w tym sporcie są psychiczna siła, stabilność i konsekwentność. Ale w granicach rozsądku. Widziałem już ludzi, których zgubiła przesadna motywacja i z gór nie wrócili…

JAKIE MA PAN PLANY PODRÓŻNICZE NA NAJBLIŻSZE LATA?

Chcę dalej ruszać w góry, niższe i wyższe, ale muszę przyznać, że to właśnie ośmiotysięczniki uzależniają najbardziej. Zdobyłem ich pięć, więc jeszcze sporo wypraw przede mną. Wiele tu jednak zależy od wsparcia sponsorów. To wielka, życiowa przygoda, jednak całkowicie niekomercyjna, więc nie przynosi mi żadnych profitów, które mógłbym zainwestować w kolejne wyprawy. Często bywa tak, że polski himalaista, który musi przygotowywać się przez cały rok, więcej czasu poświęca na szukanie sponsorów niż na trening. Dlatego marzy mi się mecenat moich wypraw, który pozwoliłby mi w pełni skupić się na celu. Góry czekają…