Warszawa. Przez wielkie okna widać stare drzewa i mur kamienicy z praskich Szmulek. Pod oknami, na dębowej podłodze ułożonej w jodełkę stoją dwa wielkie stoły do pracy. W rogu piękny piec z białych kafli. Został odbudowany, ale w tym miejscu jest od początków zabytkowej oficyny – od blisko 150 lat. Pracownia Tytusa Brzozowskiego ma niepowtarzalny klimat, który bardzo pasuje do właściciela: architekta, twórcy wyjątkowych akwareli oraz projektanta wspaniałych murali. Trochę w jego dziełach surrealizmu, trochę nostalgii za przeszłością i całe mnóstwo odniesień do tego, co widzimy, lecz rzadko zauważamy. Brzozowski traktuje otaczający nas świat nieco żartobliwie i niekiedy można odnieść wrażenie, że ze swoich akwareli wręcz puszcza oko do widza. Tych prac nie obejrzycie w pośpiechu i bez refleksji. To po prostu mistrzostwo detalu!

Tytus Brzozowski właśnie skończył kolejną serię obrazów – Instytut POLONIKA, który dba o to, co pozostało po Polakach za granicą, zamówił u niego cykl akwareli. W kilka miesięcy powstało trzynaście prac (dwanaście przedstawiających miasta i niespodzianka – akwarela, której premiera będzie miała miejsce na specjalnej wystawie) ze 150 polonikami – historycznymi śladami (w tym z budynkami i architekturą, ale też z przedmiotami, postaciami i sytuacjami wprost powiązanymi z Polską). Wszystkie obejrzymy, gdy tylko zostaną zniesione obostrzenia związane z pandemią. W oczekiwaniu na ekspozycję prezentujemy rozmowę z autorem tych dzieł. Być może także dla zachęty, żeby – gdy nadarzy się okazja – wyruszyć do któregoś z miast ukazanych na jednej z prac Tytusa Brzozowskiego.

Jak długo powstawał cały cykl?

W jakimś sensie to było moje rekordowe przedsięwzięcie. Może się wydawać, że trzynaście obrazów to nie jest dużo i że poradziłem sobie z tym ekspresowo, ale jestem bardzo systematyczny, nie cierpię prac niedokończonych lub „niedomyślanych”. Seria z polonikami zaczęła powstawać w połowie kwietnia, a detale kończyłem w ostatnich dniach października.

Tempo w sumie olimpijskie!

Rzeczywiście, musiałem pracować intensywnie, ponieważ każdy obraz z tej serii to poważne przedsięwzięcie z potężnym bagażem merytorycznym i całą masą pracochłonnych detali. Najtrudniejsza była końcówka. Od sierpnia do listopada musiałem zrezygnować z wolnych weekendów. Było to męczące, lecz także inspirujące, bo lubię pracować w takim rytmie. Oczywiście wymaga to pewnego planowania i cierpliwości bliskich. Muszę bardzo im za to podziękować.

Jak namalować ulotne detale, żeby były lekkie, lecz by zarazem farba nie zalała szczegółów?

Najpierw szykuję szkice – czasami kilka, ale zwykle jest ich znacznie więcej. Głównie z powodu pracy nad odpowiednim skomponowaniem wielu różnych obiektów. Dopiero później wypełniam kontury farbą. Nie umiem jednak nikogo nauczyć na odległość malowania akwarelami. Trzeba samemu złapać za pędzel, wyczuć farbę i to, jak papier ją pochłania, ile potrzeba wody itd. Jeżeli ktoś chce zacząć, zachęcam. Ale uprzedzam, że potrzeba do tego góry papieru i benedyktyńskiej cierpliwości, bo tradycyjna akwarela to wymagająca technika.

Cienie w uliczkach, jasno oświetlone fronty – to na twoich obrazach widać gołym okiem.

Czujne skojarzenie. Kontrast mi pasuje, bo nadaje całości pewną plastyczność. Lubię tak komponować swoje obrazy, aby znacząca część przedstawianych budynków była zacieniona. Wtedy pozostałe, silnie oświetlone fragmenty wyraźnie „świecą” i całość zaczyna być bardziej kontrastowa.

Skąd u ciebie wiedza historyczna? Sto pięćdziesiąt poloników to mnóstwo faktów do przyswojenia!

Nie jestem historykiem! Praca nad tym tematem była pasjonująca również dlatego, że mogłem się dużo dowiedzieć. Muszę tu bardzo podziękować całemu zespołowi Instytutu POLONIKA za godziny rozmów i merytoryczne wsparcie. Zaczynając pracę, miałem przygotowaną listę obiektów. Musiałem solidnie przysiąść do komputera, żeby pewne detale najpierw zobaczyć, a potem dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Malowałem m.in. Padwę, Chicago, Lwów i Drezno. Każdy polski ślad trzeba sobie wyobrazić, poznać i zrozumieć. W praktyce moja praca polegała na tym, że godzinami oglądałem szczegóły, zgłębiałem historię, poznawałem malarzy… Na obrazach sporo się dzieje.

Czy z tymi pracami wiąże się jakaś historia, którą każdy powinien znać?

Wiedeń i Jerzy Franciszek Kulczycki! Podczas oblężenia stolicy Austrii w lipcu 1683 roku polski szlachcic miał podstępem poprosić o wsparcie dla miasta. Kulczycki znał turecki i bez wątpienia był odważny. Ominął więc straże, a potem wezwał pomoc – niemal samobójcza misja się udała i zakończyła odsieczą wiedeńską. W uznaniu zasług Kulczycki dostał udział w bitewnych łupach. Poprosił skromnie tylko o zawartość worków z dziwnym ziarnem, o których wszyscy myśleli, że to pasza dla wielbłądów – a była to kawa! Za zgodą króla Polak otworzył później własny lokal, gdzie w stroju Turka podawał napar z tych znalezionych ziaren z dodatkiem miodu.

Gdybyś miał wybrać tylko jeden obraz z tych namalowanych…

Na takie pytanie autor sam nigdy nie odpowie, bo to jak przyznać się, że niektóre dzieła są gorsze. Tworząc cykl dla Instytutu POLONIKA, chciałem, żeby wszystkie obrazy były spójne, ale też by cała seria nie była monotonna. Szukałem odważnych pomysłów na kadry i kompozycję, tak by wszystkie prace były interesujące już na pierwszy rzut oka. Dla mnie te akwarele mają szczególne znaczenie, ponieważ poświęciłem im dużo czasu oraz serca. Cieszę się, że mogę pomóc w promocji poloników.

Na obrazach pokazałeś Rapperswil w Szwajcarii, Drezno z jego barokowymi zabytkami, a potem nagle mamy Chicago! To zupełnie różne klimaty, więc na pewno wyzwanie dla autora.

Ciekawe są takie zderzenia, bo inspirują. Rzeczywiście Drezna czy Rapperswilu nie da się porównać z miastem, o którym z przekąsem mawiają, że mieszka tam więcej Polaków niż w Warszawie. Chicago tętni nowoczesnością, podczas gdy Drezno to cudny barok, a w Rapperswilu wciąż czuć ducha średniowiecza. Oddanie atmosfery tak różnych miejsc było dla mnie bardzo interesujące, myślę, że sporo się nauczyłem.

Czy pandemia trochę zamieszała w twoich planach?

Chcieliśmy najpierw pokazać wystawę w Warszawie, ale galerie niestety zostały zamknięte. Na razie obrazy muszą pozostać w depozycie. Oczywiście pokażę je w internecie, a potem trzeba cierpliwie poczekać na zniesienie obostrzeń i wtedy opowiem o nich na żywo. Na pocieszenie powiem, że wystawa nie została odwołana, lecz tylko przesunięta.

Artykuł powstał we współpracy z Instytutem POLONIKA.

Tytus Brzozowski

Akwarelista i architekt zafascynowany duszą miasta. Często zestawia sylwetki gmachów i ludzi, tworząc barwne, pogodne sceny z pogranicza rzeczywistości i fantastyki. Jego ulubioną bohaterką jest Warszawa. Pomimo surrealistycznego posmaku obrazy związane są z prawdziwą historią przedstawianych miast. Niekiedy wychodzi poza sferę akwareli, tak jak zrobił to na potrzeby projektów trzech warszawskich murali, wielkoformatowej książki obrazkowej „Miastonauci”, a także pejzaży zrujnowanej stolicy do filmu „Po apokalipsie”. Obrazy Brzozowskiego wystawiano m.in. podczas Sezonu Kultury Polskiej w Ningbo w Chinach, a także prestiżowego festiwalu ARTLIFE w Moskwie. Są one również wykorzystywane przez Polską Organizację Turystyczną do promocji naszego kraju na targach międzynarodowych. Specjalnością i wyróżnikiem artysty są prelekcje o architekturze i historii Warszawy, które prowadzi w ramach swoich ekspozycji. Więcej informacji na stronie tytusbrzozowski.pl.