„Jest w orkiestrach dętych jakaś siła” – zapewnia Halina Kunicka w piosence z 1970 roku, czyli (jak ten czas leci!) sprzed półwiecza. Siła orkiestry dętej polega nie na tym, że słychać ją z daleka, lecz na tym, że odmienia losy ludzkie. „Babcia stała na balkonie, dołem dziadek defilował”. Na pozór nic takiego, ale babcia na widok dziadka (przyszłego dziadka) „nieomal zemdlała”, dziadek natychmiast „zmylił nogę”, „huknął jej puzonem” i „tak to się zaczęło”.

Chwytliwa melodia i nostalgiczny obrazek, który chyba każdemu przypadnie do gustu, ale o taką orkiestrę jak ta w piosence dziś coraz trudniej. Może jeszcze zagra w parku zdrojowym, może na jubileuszu straży pożarnej w mieście X, ale w wielkomiejskim krajobrazie już jej prawie nie ma. Ostatnia, jaką widziałem – w wielkopłytowej części Ursynowa – wyglądała surrealistycznie. Było lato, upał, muzykanci w czarnych spodniach i białych koszulach z podwiniętymi rękawami (sami mężczyźni) pewnie oblewali się potem. Przystawali to pod jednym, to pod drugim blokiem, aby odegrać co bardziej znane melodie, fałszowali niemiłosiernie. Dźwięk na blokowisku gdzieś się gubił zamiast rezonować w zamkniętej przestrzeni ulicy lub podwórza, a w uchylonym futerale błyszczało tylko kilka monet. Koncert skończył się sjestą na trawniku: muzycy posnęli w upale.

Czerpiemy siły z suplementów diety, z kontemplacji natury, rzadziej z dźwięków orkiestry dętej… Szukamy nowych sił w samych sobie, trenując, ćwicząc, biegając, licząc kroki i kilogramy. Modne stały się siłownie na wolnym powietrzu i – jak zapewnił mnie znajomy lekarz – przyniosły mu nowych pacjentów z urazami. Bez rozgrzewki – i bez głowy – siadamy do urządzenia zwanego „wioślarz” i już nazajutrz mamy kłopot. Diagnoza: łokieć tenisisty. Łatwo i szybko, nie trzeba wynajmować kortu, nie trzeba nawet brać rakiety do ręki.

Siła fizyczna to jedno, a są jeszcze inne: siła charakteru, siła ducha… Gdy siła argumentów nie może się mierzyć z siłą bezprawia, czerpiemy nadzieję z przekonania, że prawda zwycięży (główna myśl „Siły bezsilnych” Vaclava Havla). Siłą woli chciałoby się niejedno zrobić – zwłaszcza gdy nas kusi, aby mierzyć „siłę na zamiary, nie zamiar według sił” – ale woluntaryzm bywa groźny. Już lepiej wierzyć w siłę miłości, wszak „miłość wszystko zwycięża” (Wergiliusz). Przede wszystkim zwycięża nas samych, ponieważ jej ulegamy.

Z siłą woli mogłaby rywalizować siła wyższa, ale zwykle służy tylko za pretekst dla słabych i nieudolnych. Nie udało się? Nie moja wina. Siła wyższa.

„Nic na siłę” – brzmi dewiza niektórych osób, ale inne wolą nie szczędzić sił w staraniach o coś, a jeszcze inne chcą płynąć siłą bezwładu, w głównym nurcie, przy dużych i grubych rybach, licząc na to, że się przy nich wyżywią (okruchami „z pańskiego stołu”). Trzeba dużo siły, aby płynąć pod prąd, i nie każdemu się udaje. Przykład „siłaczki” jest godny szacunku, ale gdy „siła złego na jednego”, może stanowić ostrzeżenie dla tych, którzy z nadmierną ufnością chcieliby wdrażać w życie ideały.

Skąd „w orkiestrach dętych jakaś siła” i skąd „orkiestr dętych czar”? Z nas samych, bo przecież sami podtrzymujemy ich żywotność. Siłą przyzwyczajenia.