W efekcie współczesne filmy możemy nie tylko oglądać, ale i… wąchać, a nawet czuć w kościach. Twórcy nieustannie pracują bowiem nad tym, by zaangażować wszystkie nasze zmysły.

Przerażający pociąg

Technologiczna rewolucja związana z wyświetlaniem ruchomego obrazu rozpoczęła się już w latach 30. XIX wieku. To wtedy skonstruowano pierwsze urządzenia zwane stroboskopami, które umożliwiały pojedynczemu widzowi obejrzenie sekwencji nieruchomych ilustracji wyświetlanych tak, że tworzyły one złudzenie ruchu. Z czasem rysunki zastąpiono fotografiami i opatentowano urządzenia pozwalające wyświetlać animowany obraz większej liczbie widzów. I choć film ma wielu ojców, w tym Thomasa Edisona czy polskiego inżyniera Kazimierza Prószyńskiego, za twórców kina uznaje się dziś braci Lumière, którzy 28 grudnia 1895 roku zorganizowali pierwszy publiczny pokaz filmowy w Paryżu. Zaprezentowano wówczas aż dziesięć krótkich produkcji, m.in. dokument „Wyjście robotników z fabryki Lumière w Lyonie” oraz komedię „Polewacz polany”. A jednak najsłynniejszym filmem braci Lumière okazał się trwający niecałą minutę „Wjazd pociągu na stację w La Ciotat”. Pokazano go po raz pierwszy 25 stycznia 1896 roku i – według niepotwierdzonych do dziś informacji – wzbudził on prawdziwą sensację. Widzowie mieli zareagować atakiem paniki na widok nadjeżdżającego kolejowego składu! Siedzący w pierwszych rzędach podobno krzyczeli ze strachu i salwowali się ucieczką, aby uniknąć przejechania przez lokomotywę.

Jarmarczna rozrywka?

Mimo niewątpliwego sukcesu bracia Lumière nie widzieli przyszłości w swoim wynalazku, a ruchome obrazy traktowano jako rozrywkę jarmarczną. Inni twórcy szybko jednak dostrzegli potencjał kina, które ze zmiennymi kolejami losu wyewoluowało w dziedzinę sztuki. Nieustannie pracowano przy tym, by coraz bardziej angażować zmysły widza. Filmy, na początku krótkie, nieme i czarno-białe, stawały się coraz dłuższe, z czasem też je udźwiękowiono, a w końcu przyszedł czas na kolor. Już współcześnie pracowano także nad poprawą dźwięku. Monofoniczną ścieżkę zastąpiła stereofoniczna, pojawił się dźwięk przestrzenny. Wszystko po to, by jak najdoskonalej symulować rzeczywistość. Nic dziwnego, że kolejnym etapem rozwoju kina stał się obraz przestrzenny.

Rewolucja 3D

Pierwsze próby stworzenia trójwymiarowego obrazu kinowego miały miejsce już w latach 20. ubiegłego wieku, gdy zaprezentowano film „Power of Love”. Raczkująca wówczas nowość nie spotkała się z uznaniem widzów. Przez lata doskonalono technologię 3D bez większych sukcesów, choć już w latach 50. podbiła ona serca amerykańskich miłośników filmów klasy B, którzy z popcornem w ręku, w kolorowych okularach anaglifowych z czerwonymi i turkusowymi szkłami radośnie zasiadali przed ekranami. W 1985 roku na targach Expo w Japonii zaprezentowano pierwszy film 3D w analogowej technologii IMAX, która znacznie podniosła standard obrazu, jednak powodowała zmęczenie wzroku i bóle głowy u widzów, dlatego możliwe było wyświetlanie jedynie krótkich materiałów. Prawdziwa rewolucja miała miejsce dopiero w 2003 roku, kiedy James Cameron zaprezentował pierwszy pełnometrażowy film „Głosy z głębin” w udoskonalonej technologii IMAX. W końcu rynek podbiły cyfrowe kina 3D w takich systemach, jak RealD Cinema, MasterImage, XpanD i Dolby 3D Digital Cinema. Dziś największe hity kinowe produkuje się także w 3D.

Czwarty wymiar

Kto spędza wakacje w zagranicznych nadmorskich kurortach, z pewnością spotkał się z niewielkimi budynkami reklamujących kino 8D, a nawet 10D! Sceptycy zgodnym głosem wskazują na fakt, że wszelkie oznaczenie powyżej 3D to tylko chwyt marketingowy. Dlaczego? Otóż litera D stanowi w tym przypadku skrót od angielskiego wyrazu dimension, czyli wymiar. Kino 3D za sprawą nowoczesnej technologii oszukuje zmysł wzroku, dzięki czemu obraz na płaskim ekranie odbieramy jako przestrzeń trójwymiarową. Oznaczenia sygnowane wyższą liczbą powinny tyczyć się kolejnych wymiarów przestrzeni, tymczasem do dziś nauka jedynie teoretyzuje na ich temat. Czym więc są nowe wymiary w kinie?

Wszystkie spotykane wariacje nazw – od 4D po 10D – dotyczą nowego poziomu immersji, który zapewniają widzom dodatkowe efekty towarzyszące seansowi. To przede wszystkim ruszające się fotele, a także angażujące zmysły symulowane zapachy oraz efekty pogodowe (podmuchy powietrza, błyskawice, deszcz, śnieg, mgła). Obecnie najbardziej popularnym systemem tego typu w Polsce jest 4DX, dostępny w kinach Cinema City w Warszawie, Krakowie, Bydgoszczy, Łodzi, Lublinie i we Wrocławiu.

Marzenia przyszłości

Czy to ostatnie słowo kina? Z pewnością nie. Wciąż jeszcze nie czujemy smaków spożywanych przez bohaterów potraw i nie współdzielimy ich uczuć. Symulacja rzeczywistości, w jaką zamienia się film, jest jednak coraz doskonalsza, a eksperymenty nad możliwie największym zaangażowaniem widza nieprzerwanie trwają od dekad.

Już w 1967 roku na targach Expo w Montrealu Czesi zaprezentowali film interaktywny „Kinoautomat: Člověk a jeho dům”. Po raz pierwszy w historii publiczność miała możliwość decydowania o losach głównego bohatera poprzez wciśnięcie czerwonego lub zielonego guzika na specjalnych pilotach połączonych kablami z pomieszczeniem operatora, a pytania i wyniki prezentował konferansjer. W filmie przewidziano dziesięć takich punktów interakcji. Eksperyment spotkał się z gorącym przyjęciem. W czasie samych targów odbyło się ponad sto seansów. Amerykańska prasa uznała „Kinoautomat” za hit, podobno nawet Hollywood było zainteresowane pozyskaniem tej technologii. Dziś takie wybory możemy podejmować w coraz bardziej przypominających filmy grach komputerowych, jednak w pełni interaktywne kino to wciąż pieśń przyszłości.