Zasłynął pan jako autor kryminałów retro – co tak urzeka pana w przeszłości, że uczynił ją pan tłem dla akcji przedstawionej w swoich książkach?

Czytelnicy często chcą we mnie widzieć człowieka retro, który pisze piórem, a goli się brzytwą. Tymczasem jestem współczesny i ułatwiam sobie życie współczesnymi narzędziami. Natomiast jako pisarz lepiej czuję się w historii, bo daje mi ona ten komfort, że jest zamknięta. Wiemy, co było, tylko nie do końca – jak. W tym bardzo przypomina ona fabułę kryminalną, w której wszyscy widzimy trupa, ale jedynie detektyw wskaże mordercę. I jeszcze coś. Gdy w liceum dwa razy w tygodniu patrzyłem na powieszony na ścianie cytat z Cycerona „Historia nauczycielką życia”, wydawało mi się to tylko szkolnym folklorem. Dopiero gdy sam zacząłem się nią zajmować jako pisarz, przyszło mi to odszczekać. Codzienne problemy czy urzędnicze absurdy sprzed stu lat okazują się łudząco podobne do współczesnych, wyłącznie gadżety sprawiają, że to jednak nie nasz świat.

Pana dorobku nie sposób zaszufladkować. Spod pańskiego pióra wyszły dramaty, eseje, artykuły, opowiadania, powieści kryminalne, a także książki popularnonaukowe. Skąd czerpie pan inspirację?

Są autorzy, nierzadko znakomici, którzy za każdym razem piszą tę samą książkę, czasem zmieniając dekoracje, rzadziej bohaterów. Też bym tak chciał, ale nie potrafię, bo nie lubię się nudzić. Nawet pisząc o komisarzu Maciejewskim – a to jeden z najdłuższych polskich cykli kryminalnych – za każdym razem starałem się coś zmieniać. Grzebiąc w historii, nieraz przekonywałem się, że fakty potrafią zaskoczyć nawet pisarza, czyli podobno człowieka z wyobraźnią. I to właśnie one najczęściej mnie inspirowały.

Jak dużą wagę przykłada pan zatem do realiów historycznych w tworzonych przez pana powieściach?

Kryminał retro – jak każda fabuła historyczna – jest bardziej recenzją historii niż jej opisem, ale nie czuję się przez to zwolniony z wierności faktom. To nie znaczy oczywiście, że nie mogę umieścić np. sklepu w miejscu, gdzie tak naprawdę go nie było, jednak byłoby bzdurą, gdyby w tym sklepie sprzedawano nieistniejące wówczas towary.

Powiedział pan kiedyś, że przystępując do pracy nad powieścią, ma pan gotowy wstępny plan, który następnie jest modyfikowany. Czy zaczynając pracę, zna pan zakończenie opowieści?

Nie wyobrażam sobie rozpoczęcia jakiejkolwiek pracy, jeżeli nie wiem, po co w ogóle się trudzę. Poza tym łatwiej zauważyć niedoskonałości wymyślanej fabuły na przejrzystym planie niż w napisanym ciurkiem tekście. No i wreszcie na ogół moim najlepszym pomysłem nie jest ten pierwszy, lecz drugi, więc plan jest dla mnie rodzajem umysłowej trampoliny. Jednakże zakończenie zmieniłem tylko raz — w „Kwestji krwi” — po naradzie z redaktorką. W brudnopisie zabójcą był zupełnie kto inny.

Kontynuując pytania o warsztat pisarza — jak wygląda pana dzień pracy? Czy ma pan ustaloną dzienną normę godzin, które spędza pan przy biurku, albo liczbę stron, które koniecznie muszą zostać zapisane?

Gdy jestem w trakcie pisania, staram się codziennie wklepać do komputera pięć stron, ale pisarz nie codziennie pisze. Po zakończeniu cyklu o komisarzu Maciejewskim wiele czasu spędziłem na testowaniu różnych pomysłów czy prób stylistycznych. W tej chwili kończę planować kryminał, którego jestem już raczej pewien. Słowem, dawno niczego nie napisałem, co wcale nie znaczy, że nie pracuję.

Zdarza się, że prowadzi pan warsztaty literackie. Czy uważa pan, że pisania można się nauczyć?

Jestem o tym absolutnie przekonany. Gdybym sam miał literackiego trenera, jakim być się staram, zostałbym rozpoznawalnym pisarzem nie piętnaście lat po debiucie, ale pięć. Pasjonaci twórczości zaczynają pisać z głową nabitą mnóstwem mitów o zawodzie pisarza, a te zwykle wiodą na manowce.

Dwa lata temu zbiorem opowiadań „Gliny z innej gliny”, który stworzył pan razem z Ryszardem Ćwirlejem, Andrzejem Pilipiukiem i Robertem Ostaszewskim, pożegnał się pan ze swym długoletnim bohaterem, komisarzem Maciejewskim. Czy trudne było dla pana to pożegnanie i czy jest ono definitywne?

Trudne, bo to jak zamknąć wcale niezbankrutowaną firmę, która żywiła mnie dziesięć lat. Natomiast pożegnanie definitywne nie jest. Cały czas piszę dla „Przekroju” zagadki kryminalne, których bohaterem jest właśnie Zyga Maciejewski, a także nie wykluczam jego powrotu w jakiejś innej konfiguracji.

Z pewnością fani będą nalegać na kontynuację. Na czym polega ów specyficzny urok komisarza Maciejewskiego? Czy znalazłby on wspólny język z innymi międzywojennymi policjantami, takimi jak Eberhard Mock, Edward Popielski czy Antoni Fischer?

Z Fischerem oni się już doskonale znają, nawet walczyli wspólnie na ringu w opowiadaniu Ryszarda Ćwirleja! O Popielskim krążyły jakieś plotki w „A na imię jej będzie Aniela”, tylko z Mockiem Zyga nie miał przyjemności. Maciejewski jest rówieśnikiem XX wieku i na własnej skórze czuje wszystkie narowy historii, ale równocześnie cały czas pozostaje sobą. Za dobry na swoją prowincję, za słaby na prawdziwą metropolię – czyli tak jak Lublin, w którym się wychował i gdzie ściga złoczyńców.

Teatralna adaptacja „Pogromu w przyszły wtorek” wyreżyserowana przez Łukasza Witt-Michałowskiego i Norberta Rudasia również cieszy się ogromną popularnością. Czy brał pan udział w przeniesieniu powieści na deski teatru? Co zyskuje dzieło literackie dzięki takiemu zabiegowi?

Napisałem adaptację powieści do tego przedstawienia i był to największy projekt, jaki do tej pory zrobiłem z Łukaszem Witt-Michałowskim. Obaj – jak Wyspiański – teatr swój widzieliśmy ogromny, dlatego kilka lat zajęło pozyskanie funduszy. Dzieło przede wszystkim ożyło, a Zyga Maciejewski zyskał twarz – twarz Przemysława Sadowskiego. Sam natomiast oprócz wielkiej satysfakcji artystycznej miałem też tę warsztatową, że mogłem przepisać powieść na nowo zupełnie innym, bo teatralnym językiem.

Jakie ma pan plany pisarskie na najbliższą przyszłość? Czy szykuje pan dla czytelników nowego bohatera jakiegoś cyklu? A może to będzie książka zupełnie innego rodzaju?

Wolałbym nie mówić zbyt wiele, żeby nie zapeszyć, ale odwyk od komisarza Maciejewskiego nie do końca okazał się udany. Przynajmniej w tym sensie, że jako pisarz jestem skazany na historię, bo oprócz niej inspiruje mnie chyba tylko koronawirus.

Czy zdarza się panu podróżować pociągami, np. na spotkania autorskie. Jeśli tak, czy pisał pan albo znajdował inspirację w czasie jazdy?

Bywają takie tygodnie, kiedy niemal połowę czasu spędzam w pociągach. One mi się potem aż śnią, a nawet zacząłem grać w grę komputerową o budowaniu linii kolejowych i planowaniu rozkładów jazdy. Próbowałem pisać w podróży, niestety to mi się zupełnie nie udaje, nawet gdy jestem sam w przedziale. Jednakże wcale nie uważam tego czasu za stracony, bo czytam albo nadrabiam zaległości muzyczne, wyglądając przez okno i notując pomysły, które spontanicznie przychodzą mi do głowy. Kilka nawet się przydało.

Międzywojenny Lublin, który jest tłem pana dzieł, to świat pełen niezapomnianych postaci polskiej literatury, takich jak Franciszka Arnsztajnowa i Józef Czechowicz. Ile z tego miasta pozostało w dzisiejszym Lublinie? Czy warto odwiedzić to miejsce, podążając szlakiem literatów albo bohaterów pańskich książek?

Z przedwojennego literackiego Lublina pozostało niewiele poza kilkoma pomnikami, natomiast sam wygląd śródmieścia, a zwłaszcza Starego Miasta, pozwala przenieść się w czasie. Lubelskim przewodnikom zdarza się prowadzić tematyczne wycieczki śladami komisarza Maciejewskiego, ale w mniejszej skali można tego liznąć samemu, nawet korzystając z dwóch czy trzech godzin oczekiwania na przesiadkę.

Marcin Wroński

Pisarz i dramaturg, laureat m.in. Nagrody Wielkiego Kalibru i dwukrotnie Nagrody Wielkiego Kalibru Czytelników. Debiutował w 1992 roku. W latach 90. związany był z nurtem „trzeciego obiegu”. Popularność i życie z pióra przyniósł mu jednak cykl kryminałów retro o komisarzu Maciejewskim rozpoczęty w 2007 roku „Morderstwem pod cenzurą”, a zakończony „Glinami z innej gliny” (2018). Jego powieść „Pogrom w przyszły wtorek” w 2017 roku została przeniesiona na scenę teatralną.