W szkole odpowiedź była prosta, można ją było usłyszeć od życzliwych nauczycieli: najlepiej zacznij od początku. Ale żeby początek zacząć od początku, to zbyt wymyślne. I sugeruje, że początek ma swój początek, a jeśli tak, to ma też swój koniec.

Rozważmy rzecz na przykładzie składów kolejowych. Solidnie opracowane hasło Wikipedii informuje, że skład pociągu nie obejmuje lokomotywy (ściślej biorąc: „czynnego pojazdu trakcyjnego”), więc jeśli się nie mylę, zawiera głównie wagony, być może też drezyny oraz nieczynne pojazdy trakcyjne, na przykład nie działające lokomotywy. Dla uproszczenia przyjmijmy, że chodzi o ciąg wagonów. Pytanie brzmi: czym jest ciąg wagonów, jak go opisać formalnie? Rekurencyjna definicja, którą bawiłem się kiedyś ze studentami, brzmi tak: ciąg wagonów to albo jeden wagon, albo wagon, do którego doczepiono ciąg wagonów. Na pozór to błędne koło, a w rzeczywistości skuteczna metoda konstruowania składów kolejowych. Atrakcyjna zwłaszcza dla felietonisty, który w tym celu nie musi nawet wstać od biurka.

Po co jednak podałem ten przykład? Bo w myśl przytoczonej definicji – a dokładniej: części po drugim „albo” – początkiem składu kolejowego jest wagon, a końcem ciąg wagonów. Ten koniec jednak ma swój początek, mianowicie wagon, i swój własny koniec, czyli ciąg wagonów. I tak dalej, i dalej – jeśli tylko pociąg jest nieskończony. „Po torze, po torze, po torze, przez most”.

Skoro każdy koniec zawiera w sobie początki czegoś nowego, to nigdy nie jest ostateczny. Nic tak naprawdę się nie kończy, zima jest tylko zapowiedzią wiosny (zwłaszcza teraz, gdy klimat łagodnieje), śmierć jest początkiem nowego życia („życia po życiu”), końca świata nie będzie. „Między nami koniec” – mówi niejedna Ewa do swojego Adama, ale ich rozstanie otworzy tylko nowy rozdział w jej życiu. I w jego życiu też.

„Definitywny koniec” to zatem pojęcie podejrzane, niepewne, wyraz emocji raczej niż namysłu. Początek wydaje się pewniejszy: „Na początku było Słowo” – mówi Święty Jan Ewangelista i wierzymy mu na słowo, tak jak wierzymy fizykom, kiedy mówią, że na początku był Wielki Wybuch. A przed Wielkim Wybuchem nie było nic, nawet podobno czasu nie było – nie w tym sensie, że nie było go na coś („Nie mam czasu na głupstwa”), tylko po prostu go nie było, nie istniał i już. Trudno to sobie wyobrazić, zwłaszcza ludziom aktywnym, żyjącym z zegarkiem w ręku.

Myśl, że początek jest pewniejszy niż koniec, właściwie nie zaskakuje, wydaje się nawet banalna. Przeszłość też jest pewniejsza od przyszłości, bo jest znana, oswojona, „co się stało, to się nie odstanie”. Czasem chcielibyśmy zacząć od nowa, od początku („I gdybym się kiedyś urodzić miał znów…”), ale równocześnie zdajemy sobie sprawę, że to mrzonka. Przynajmniej na razie, do czasu, aż fizycy pomajstrują przy czasie tak, że będzie można odbywać podróże w czasie.

Wróćmy do pociągów. O ile skład kolejowy jest poglądowym modelem końca, który zawiera w sobie nowy początek, o tyle lokomotywa – można by sądzić – to bezsprzecznie początek pociągu. W tyleż genialnym, co instrukcyjnym wierszu Tuwima tak właśnie jest („Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem”), ale na torach bywa różnie i czasem „czynny pojazd trakcyjny” zamiast ciągnąć pcha przed sobą rząd wagonów. Z tym początkiem więc, jak widać, też nic pewnego (a kij, jak wiadomo, ma dwa końce, co znaczy, że początku chyba nie ma w ogóle).

Pasażerów, którzy nabrali teraz wątpliwości, czy maszynista aby widzi tory przed sobą, śpieszę uspokoić: w pociągach PKP IC lokomotywa jedzie na czele składu.