Tematem przewodnim naszego wydania są zmysły – jak ważne są one w tańcu?

Myślę, że jednym z najważniejszych zmysłów istotnych w tańcu jest propriocepcja, czyli zmysł orientacji ułożenia części własnego ciała oraz napięcia mięśniowego, dzięki której wiemy, gdzie znajdują się nasze kończyny bez patrzenia na nie. Taniec jest kinetyczną aktywnością człowieka, która zespala duchową stronę z fizyczną. To wyrażanie własnych uczuć i archetypów ludzkich doświadczeń poprzez ruch. W akcie artystycznym, jakim jest taniec, zaangażowane są też zmysły słuchu, wzroku i dotyku.

Naukę tańca rozpoczęła Pani, mając zaledwie pięć lat. Dla dziecka zasady panujące w szkołach tańca, szczególnie baletowych, muszą być trudne. Jak wspomina Pani początki nauki?

Uważam, że bardzo dużo zależy od pedagogów. Miałam szczęście, że zaczynałam pod okiem najwybitniejszych w tej dziedzinie. W Warszawskiej Szkole Baletowej nauczyłam się dyscypliny, systematyczności. Ćwiczyłam kilka godzin dziennie, ucząc się od byłych tancerzy z Teatru Wielkiego Opery Narodowej. Szkoła baletowa dała mi możliwość nie tylko fizycznego, lecz także duchowego i intelektualnego rozwoju. Nawet ksiądz od katechezy w naszej szkole miał kilka doktoratów. Również w Ameryce trafiłam pod opiekę najwspanialszych nauczycieli. Jedna z najlepszych na świecie tancerek, Leslie Browne, doceniła mój talent i uczyła mnie prywatnie za darmo przez rok.

Od ósmego roku życia występuje Pani w teatrze, filmie i telewizji – który z tych kierunków jest Pani najbliższy?

Większość życia spędziłam w teatrze, gdzie zawsze, każdego dnia trzeba dać z siebie maksimum, nie można źle zaśpiewać lub zatańczyć. Tak jest też w programach telewizyjnych na żywo, to naprawdę trudne wyzwanie. Na przykład w „Pytaniu na śniadanie” lub „Dance Dance Dance” na każdą minutę programu pracuje jednocześnie kilkadziesiąt osób. Musimy zgrać wszystko co do sekundy. Film chyba jest najłatwiejszy. Chciałabym bardzo zagrać w musicalu, gdzie będę mogła wykorzystać aktorstwo i taniec. Musiałam już raz zrezygnować z udziału w serialu o tancerzach. Miałam do wyboru albo maturę, albo udział w filmie. Wybrałam naukę i studia, i nie żałuję.

Jak czuje się Pani w roli prowadzącej w programie „The Voice Kids”? czy Widzi Pani w dzieciach siebie samą sprzed lat?

Wydaje mi się, że bardzo dobrze rozumiem naszych młodych uczestników. Jako mała dziewczynka brałam udział w wielu konkursach, które wygrywałam, ale też musiałam nauczyć się zmierzyć z przegraną. Wiem, jak dużo pracy potrzeba, aby zrobić coś profesjonalnie. Przed występem odczuwa się wielkie emocje. Na scenie widzimy cudownie śpiewające, tańczące lub gotujące dzieci, ale za każdą z tych umiejętności stoją lata ćwiczeń. Zafałszowane nuty, nieudane ciasta, upadki podczas tańca nie zniechęciły najmłodszych, ale zmobilizowały do cięższej pracy. Tu oddaję wielki ukłon w stronę rodziców: to dzięki ich opiece i zaangażowaniu dzieciaki już w bardzo młodym wieku mogą coś osiągnąć, to dzięki ich mądremu wsparciu rozumieją, że przegrana jest następnym wyzwaniem. Jeśli to, co robimy, jest naszą pasją, wygrana i porażka mobilizuje do jeszcze większych starań – zawsze.

Brała Pani udział w wielu spektaklach i reality show. Który z nich wspomina Pani najlepiej?

Zawsze wybieram rzeczy wartościowe. Bardzo dużo ofert odrzucam. Wszystkie programy były ciekawym doświadczeniem i sporym wyzwaniem, ale do tej pory to „Szlak Nadziei” – survivalowo-historyczne show, w którym wspólnie z uczestnikami pokonałam trasę, jaką w latach 40. XX wieku przeszła armia Andersa – był przygodą mojego życia, a zarazem misją i oddaniem hołdu polskim bohaterom.

Czy wybierając kolejne projekty i rozwijając karierę, kieruje się Pani tzw. szóstym zmysłem, intuicją, czy bardziej ufa rozsądkowi i dobrym radom zaufanych przyjaciół?

Chyba intuicją, ale z propozycji wybieram te najtrudniejsze. Zawsze też jest dla mnie ważny odbiorca, widz. Pan Bóg dał mi dar gromadzenia wokół siebie najcudowniejszych ludzi. Przede wszystkim mądrych i dobrych.

W jednym z wywiadów wspomniała Pani o tym, że lubi także rysować i pisać. jaka tematyka inspiruje Panią najbardziej w podejmowaniu tych aktywności?

Notuję chwile i momenty, które przeżyłam, historie ludzi, których poznałam. Piszę piosenki. Czasami, gdy ogarnia mnie smutek lub gniew, staram się z tym zmierzyć w różny sposób. Bardzo lubię też poznawać inspirujące osoby przez Instagram. To niezwykłe, że w ciągu jednej chwili mogę mieć kontakt z innymi ludźmi. To mnie fascynuje. Ostatnio zastanawiam się, jak mogłabym spotkać się ze wszystkimi osobami poznanymi przez media społecznościowe.

Kiedy poczuła Pani, że marzenia zaczęły się spełniać i można mówić o osiągnięciu sukcesu?

Myślę, że nigdy nie osiągamy w życiu poczucia pełnego sukcesu. To, co robię, to moja praca i pasja. Wierzę głęboko, że Pan Bóg ma wobec mnie swój plan. Poddam mu się z całkowitą ufnością. A sukces, do którego dążę, nie jest z tego świata… Każda z naszych dróg jest inna, ale równie ważna.

Pani największym wsparciem jest mąż – Jack Herndon. Żyją państwo jednak na odległość. Jakie wyzwania niesie taki związek?

Z mężem staramy się spędzać każdą wolną chwilę razem. Nasze rozstania są ważną próbą. Godzę się na nie, choć jest trudno, ponieważ wiem, że Jack, który jest aktorem, pragnie się dalej kształcić w Stanach. Wspieram jego marzenia, a on wspiera moje. To, co jest najważniejsze, to miłość i zaufanie.

Nie ukrywa Pani, że od kariery ważniejsza jest rodzina. Jak wyobraża sobie Pani swoje życie za 10-15 lat?

Pamiętam, kiedy w Nowym Jorku po spektaklu w Metropolitan Opera spadł śnieg i nie jeździły autobusy. Przedzierałyśmy się z mamą przez zaspy śniegu, aż wreszcie dotarłyśmy do domu, gdzie czekali na nas tata i wujek. Poczułam wtedy, że cudownie jest wykonywać ciekawą pracę, jednak najważniejsze to mieć wokół siebie najbliższych ludzi. Nie wiem, jaki dla mnie jest dalszy plan, ale bardzo dużo w życiu otrzymałam i pragnę dać jak najwięcej od siebie innym.