W 2006 roku stracił Pan czucie w nogach, a zaledwie sześć lat później przywiózł dwa złote medale z Igrzysk Paraolimpijskich w Londynie. Czy jednak słowo „zaledwie” jest tutaj na miejscu?

Sześć lat to sporo czasu – musiałem się odnaleźć w nowej sytuacji. Być może gdybym wówczas znał te osoby, które znam dziś, mógłbym zacząć trochę wcześniej. Obecnie sport osób niepełnosprawnych jest o wiele bardziej rozpowszechniony. Duży wpływ na to miał też rozwój internetu i mediów społecznościowych.

Jak zmienia się perspektywa człowieka aktywnego fizycznie, sportowca, który niespodziewanie staje się osobą z niepełnosprawnością?

Dalej mogę śmiało powiedzieć, że nie zwolniłem tempa. Jedyne, co się zmieniło, to moja pozycja, bo teraz niestety jest ona siedząca, ale tryb życia pozostał aktywny. Najtrudniejsze w uczeniu się funkcjonowania na nowo okazało się pokonywanie barier. Człowiek nagle staje się bezbronny jak małe dziecko, nie potrafi nic zrobić sam i wymaga pomocy osób trzecich. I pewnie gdyby nie moi najbliżsi, dziś byłbym w innym miejscu.

Powiedział Pan, że po utracie czucia w nogach życie się nie kończy, a na gruzach można coś zbudować. Ostatnie lata są doskonałym potwierdzeniem tych słów.

To prawda, na początku byłem przekonany, że moje życie legło w gruzach, ale tak naprawdę ono się nie zatrzymało, lecz toczyło dalej. Im szybciej zaakceptujemy nową sytuację, tym lepiej. Ja na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że dziś jestem o wiele mocniejszym człowiekiem niż krótko po wypadku – i psychicznie, i fizycznie. Wzmocniła się też moja wiara.

Po wypadku próbował Pan swoich sił jako trener żużlowy, lecz był to krótki epizod. Jak trafił Pan na handbike? Czy znał Pan wcześniej tę dyscyplinę?

Tak naprawdę najpierw było narciarstwo – wiele razy, będąc na nartach, widziałem stojące gdzieś na uboczu boby (mocowane do pojedynczej narty fotele dla niepełnosprawnych – przyp. red.), ale przecież nikt nie myśli, że kiedyś będzie musiał z nich korzystać. Tak czy inaczej pół roku po wypadku jeździłem już na nartach. O kolarstwie ręcznym usłyszałem po raz pierwszy od Rafała Szumca, który też jeździ na handbike’u. Zacząłem z nim rozmawiać na ten temat, a rezultatem było to, że sam zamówiłem ten sprzęt. Myślę, że nie bez znaczenia były tutaj podstawy wypracowane jeszcze w dzieciństwie – od małego uprawiałem sport, wystarczyło więc na nowo obudzić to, co we mnie drzemało.

Co jest najważniejsze w kolarstwie ręcznym: Siła rąk, kondycja czy może raczej niezłomna psychika?

Zdecydowanie wytrzymałość. Ja aż taką siłą nie dysponuję, dlatego muszę rozgrywać wyścig nieco inaczej – staram się rozerwać peleton wcześniej, na podjazdach albo na zakrętach, żeby nie dojeżdżać do mety z rywalami, którzy są ode mnie więksi i silniejsi. Można zatem powiedzieć, że oprócz wytrzymałości trzeba mieć jeszcze oczy dookoła głowy i pewien zmysł taktyczny.

Każdemu, kto trenuje, zdarza się w końcu taki dzień, w którym – mówiąc zwyczajnie – nie chce się ćwiczyć. Co w takich momentach motywuje Pana do aktywności?

Trzeba to wszystko poukładać, samemu się nakręcić, powiedzieć sobie na przykład, że w czasie, gdy ja rezygnuję, moi rywale na pewno rosną w siłę. Jest to ważne szczególnie w okresie zimowym, kiedy trenowanie sprowadza się do żmudnej, długiej jazdy na trenażerze i po pierwszej godzinie mam ochotę z niego zejść. Po chwili zwątpienia szybko nachodzi mnie wtedy refleksja, że skoro ćwiczyłem przez godzinę, to z tej drugiej również nie warto rezygnować. No i ta kolejna mija już o wiele szybciej.

Jeździ Pan na handbike’u już od dziesięciu lat. Domyślam się, że nie myśli Pan jeszcze o zakończeniu kariery.

Jestem młodym, perspektywicznie rozwijającym się sportowcem, więc jeśli zdrowie dopisze, spokojnie pojeżdżę jeszcze kolejne dziesięć lat, osiągając satysfakcjonujące mnie wyniki. Jednak nawet gdy przestanę być czynnym zawodnikiem, na pewno nie skończę ze sportem, wciąż będzie odgrywał ważną rolę w moim życiu. Nie jestem typem człowieka, który zamknie się w domu i będzie siedział w bujanym fotelu. Mam co robić, mam różne możliwości, mógłbym na przykład kontynuować działalność naukową na Uniwersytecie Rzeszowskim, gdzie obecnie wykładam i przygotowuję się do obrony pracy doktorskiej na temat sportu osób niepełnosprawnych ruchowo.

Czy podsumowując tę rozmowę, mógłby Pan podzielić się z nami swoim życiowym mottem?

Jeśli chcesz, to znajdziesz sposób, a jeśli nie chcesz, to znajdziesz powód. Ja stosuję się do pierwszej części tego powiedzenia i jak dotąd to zawsze się sprawdzało.

Rafał Wilk

Sportowiec, który pomimo groźnego wypadku nie zrezygnował z kariery – z motocykla przesiadł się na handbike. Wielokrotnie sięgał po tytuł mistrzowski w tej dyscyplinie, w tym trzy razy podczas igrzysk paraolimpijskich.

Więcej informacji: www.rafalwilk.com