Skąd tak duże zainteresowanie tematem niemarnowania?

Zero waste to w dosłownym tłumaczeniu „zero śmieci”. Łatwiej jednak pojąć tę ideę, kierując się zasadą „mniej znaczy więcej”. To zdecydowanie bliższe naszym realiom i prostsze do osiągnięcia. „Mniej znaczy więcej” jest zapowiedzią tego, co zyskamy, gdy zaczniemy wcielać w życie filozofię zero waste, a takiej perspektywy często potrzebujemy, by zmobilizować się do działania. To po prostu nasza odpowiedzialność za bałagan, który robimy na planecie, świadomość tego, jakie mogą być konsekwencje nadmiernego wykorzystywania plastiku, marnowania jedzenia i wody czy też wyboru samochodu w codziennych podróżach.

Jakie są fundamenty takiego myślenia?

Prekursorką idei jest amerykanka Bea Johnson, słynna z tego, że w jej czteroosobowej rodzinie odpadki z całego roku mieszczą się w litrowym słoiku. Rozmawiając z nią kiedyś, zapytałam, jak to możliwe. Okazało się, że wystarczy wykorzystywać wszystko, co da się przetworzyć, kupować jedzenie i kosmetyki bez opakowań, pokochać ubrania z drugiej ręki. Bea Johnson sformułowała kilka zasad, które każdy może wprowadzić do swojego życia. To tzw. 5R – refuse (odmawiaj), reduce (ograniczaj), reuse (używaj ponownie), recycle (segreguj i przetwarzaj) i rot (kompostuj). Stosując je, można walczyć z otaczającym nas nadmiarem. Nie chodzi o to, by skrupulatnie realizować każdy z punktów i mieć wyrzuty sumienia, że coś się nie udaje, lecz o zwrócenie uwagi na to, że mamy problem, bo toniemy w śmieciach. Przeciętny Polak produkuje ich ponad 300 kilogramów rocznie i ta ilość odpadków w naszych domach od kilku lat rośnie.

Czy zero waste to chwilowy trend, czy też ma szansę zagościć w naszym życiu na dłużej?

To już nie tylko trend, ale konieczność, by idea ta zagościła w naszej codzienności. Rozmaite przepisy i unijne regulacje wymagają od nas tego, by wziąć większą odpowiedzialność za to, co nas otacza. Do końca tego roku w Polsce połowa śmieci powinna być odzyskiwana – obecnie nadaje się do tego jedna trzecia odpadków. Jeśli nie uda się tego zmienić, zapłacimy ogromną karę, którą odczujemy wszyscy. Dlatego mamy nowe zasady segregacji śmieci i warto ich przestrzegać, a nie narzekać, że to duże utrudnienie. Odpady mają ogromny potencjał, tylko muszą być właściwie podzielone, żeby można było je odzyskać i zrobić z nich użytek. Ze sklepowych półek mają zniknąć niektóre plastikowe opakowania, butelki na napoje będą produkowane z tworzyw nadających się do przetworzenia. Chciałabym, żeby każdy z nas uwierzył, że może mieć wpływ na to, czym oddycha, co je i czy będzie się kąpać w czystym morzu.

Chyba jednak widać światełko w tunelu, skoro tak bardzo rośnie popularność ekotrendów.

Oczywiście! Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które wyrządziło planecie tyle krzywdy, i ostatnim, które ma szansę, żeby coś z tym zrobić. Dociera już do nas, że zmiany klimatyczne to nie wymysł, tylko ponury scenariusz, który już się realizuje. W tym roku zimą mamy wiosenne temperatury, latem zapowiadane są potężne susze, a to wszystko ma olbrzymi wpływ na nasze życie. Zaczynamy dostrzegać, że nasze śmieci wracają do nas w postaci gazów cieplarnianych. Utylizacja odpadów to źródło emisji znacznej ilości metanu i dwutlenku węgla. I choć śmieci nie wytwarzają ich najwięcej, bo robi to przemysł, mają największy potencjał redukcji. Możemy ograniczyć emisję, dokonując bardziej przemyślanych wyborów podczas zakupów.

Odnoszę wrażenie, że nasze mamy i babcie były bardziej zero waste. Z czego wynika nasza skłonność do marnowania?

Babcie były mistrzyniami zero waste, mimo że nie miały o tym pojęcia. Troszczyły się o rzeczy, które posiadały, reperowały je, przerabiały, dzieliły się nadmiarem. I to nie tylko dlatego, że nie było wyboru, bo brakowało towaru w sklepach. Babcie żyły w większej symbiozie z naturą i wiedziały, jak bardzo człowiek od niej zależy. Szanowały ziemię, bo ona żywiła całe rodziny. Żyły zgodnie z rytmem pór roku, co dziś jest dla nas wyzwaniem, ponieważ dostęp do sezonowych produktów mamy przez cały rok. W sklepach obok jabłek z Grójca leżą te z Madrytu, pomidory i truskawki kupujemy w styczniu, choć niewiele mają wspólnego z soczystym i słodkim smakiem, jaki znamy. Tracimy kontrolę nad tym co mamy, kupujemy za dużo, a to, czego nie potrzebujemy, bez refleksji wyrzucamy. Dan Barber, amerykański szef kuchni, powiedział mi, że śmieci jednego człowieka są skarbem dla innego. To była sugestia dotycząca jedzenia, ale myślę, że śmiało można ją odnieść do każdej ze sfer naszego życia. Niepotrzebne nam rzeczy innym mogą bardzo się przydać, więc zamiast wyrzucać je do kosza zastanówmy się, z kim warto się nimi podzielić.

Jak zrodziło się w Pani zainteresowanie tym tematem i ekologią? Czy była Pani zero waste od dziecka?

Miałam doskonałe rodzinne wzorce – dziadków, którzy prowadzili niewielkie gospodarstwo. Babcia sama robiła masło i ser smażony z kminkiem, na który przepis wykorzystałam w swojej książce. W domu nic się nie marnowało. Skorupki od jajek były nawozem do roślin, resztki jedzenia nienadające się do przetworzenia trafiały do kompostownika. Z ziemniaków, jakie zostały po obiedzie, moja babcia potrafiła upiec maślaną babkę, czerstwym chlebem zagęszczała zupy lub przyrządzała z niego orzeźwiający kwas. Gdy zaczęłam korzystać z tych inspiracji, dostrzegłam liczne korzyści. Mniej czasu spędzam w kuchni i na zakupach, lepiej panuję nad bałaganem, bo nie gromadzę niepotrzebnych rzeczy, oszczędzam pieniądze i przy okazji nie obciążam planety kolejnymi kilogramami śmieci.

Czy początki życia zgodnie z ideą zero waste były trudne? Przed jakimi wyzwaniami Pani stanęła?

Najtrudniejsze są zmiana perspektywy i przełamanie oporów. Trzeba wyzbyć się poczucia, że wykorzystywanie resztek, planowanie zakupów, odmówienie sobie kolejnej pary spodni, mycie włosów szamponem w kostce czy niekupowanie balsamu do ciała nas nie ogranicza, lecz wzbogaca. To „mniej znaczy więcej”, o którym wspominałam na początku, daje nam poczucie ogromnego komfortu. Gdy zaczęłam zwracać uwagę na to, dlaczego chcę kupić nową bluzkę lub kolejny kosmetyk, uzmysłowiłam sobie, że nie kieruje mną realna potrzeba. Po prostu przyzwyczaiłam się, że mogę stale uzupełniać zapasy, i straciłam nad tym kontrolę. Złościłam się, że mam za dużo sprzątania, kolejne filiżanki, książki, koszule i marynarki wypadają z szafy, a i tak nie mam co na siebie włożyć. W mojej książce „Wykorzystuję, nie marnuję” jedna z ekspertek mówi, że 80 proc. posiadanych ubrań nie nosimy. Takie dane robią wrażenie i mobilizują do działania. Przestałam gromadzić stroje na rozmaite okazje, które się nie zdarzają, a gdy potrzebuję czegoś, czego nie mam – pożyczam. Pozbyłam się strachu i oporów, zyskałam przestrzeń i oszczędności, które mogę przeznaczyć na wyjazdy, koncerty czy szkolenia.

Od czego zacząć, chcąc zrobić ten pierwszy krok i na dobre zmienić swoje nawyki?

Od listy. Brzmi trywialnie, ale działa. Sama długo nie wierzyłam w skuteczność takich notatek, a jednak okazało się, że plan, choćby zakupów, bardzo ułatwia życie. Według danych Banków Żywności trzy czwarte Polaków chodzi do sklepu bez listy i w efekcie kupuje co najmniej jedną torbę produktów za dużo. To składniki, których nigdy nie wykorzystamy, więc skończą w śmietniku. Lista zapewnia też realne oszczędności – czteroosobowa rodzina co roku wyrzuca do kosza jedzenie o wartości 2,5–3 tys. zł. Dlatego tak bardzo podkreślam wagę planowania. Lodówka powinna być sklepem pierwszego wyboru, przed zakupami warto zrobić audyt, sprawdzić, co już mamy, co da się wykorzystać do przygotowania obiadu czy kolacji, dopisać, czego brakuje, i potem w sklepie skutecznie opierać się rozmaitym promocjom. Kreowanie menu pozwala też zaoszczędzić sporo czasu. Do listy dopisujmy też zabranie własnych siatek i pudełek na zakupy, co sprawi, że już na tym etapie zadbamy o ograniczenie ilości śmieci. Warto znaleźć w swojej okolicy sklepy, w których możemy kupić produkty bez opakowania. Nie każdy wie, że opakowanie stanowi aż 15 proc. wartości towaru.

Zero waste dotyczy nie tylko jedzenia. Jak odnieść to pojęcie do innych rzeczy?

Bardzo podobnie. Najpierw sprawdźmy, czego mamy najwięcej, i tam szukajmy oszczędności. Ja znalazłam je w łazience. Producenci sugerują nam, że każda część ciała potrzebuje odrębnego kosmetyku, by zachować jędrność i blask, a my w to wierzymy. Zrobiłam ostre cięcie, pokochałam szampon i mydło w kostce, pastę do zębów w pastylkach, zaczęłam robić swoje toniki i przekonałam się, że im mniej mam, tym lepiej się czuję. W mieście sporadycznie korzystam z auta, przez cały rok jeżdżę rowerem, polubiłam komunikację miejską i pociągi. To też jest kwestia zmiany perspektywy i wyjścia ze strefy komfortu. Gdy zauważymy zyski, będziemy chcieć więcej. Warto wrócić także do tego, o czym rozmawiałyśmy wcześniej, czyli do babcinych praktyk. Jest wielu fachowców, którzy nadadzą drugie życie butom, ubraniom, sprzętom. W sieci można znaleźć mnóstwo inspiracji do przerabiania rzeczy, samodzielnego robienia prezentów, dekoracji. Nie trzeba mieć żadnego talentu do niemarnowania i wykorzystywania – wystarczą chęci.

Czy to oznacza, że zero waste może naturalnie wplatać się w naszą codzienność?

Tak! Musimy tylko podjąć tę kluczową decyzję, że zaczynamy zwracać uwagę na nasze wybory, i zobaczyć, że to wcale nie jest wielkim wyzwaniem. Pierwsze kroki to zazwyczaj własna butelka na wodę, siatka na zakupy wielokrotnego użytku, przekonanie się do picia kranówki. W ten sposób nie tylko nie generujemy plastiku, ale zaoszczędzamy nawet tysiąc złotych rocznie. Z czasem zaczynamy segregować śmieci, a nawet podnosimy te, które ktoś wyrzucił. Częściej wybieramy komunikację zbiorową, oddajemy niepotrzebne książki do biblioteki, dzielimy się jedzeniem, zostawiając je w społecznych lodówkach, których w Polsce jest coraz więcej.

A jak być zero waste w podróży?

Podróż jest idealnym pretekstem do wcielenia w życie tej idei. Często jeżdżę pociągami i podrzucam swoim czytelnikom inspiracje. Nigdy nie drukuję biletu – mam go w elektronicznej formie, w telefonie. Zabieram swój bidon i kubek na kawę, pakuję też zestaw wielorazowych sztućców i materiałowe chusteczki. Kanapki, bez których nie wyobrażam sobie podróży, owijam w woskowijkę – naturalną alternatywę dla papieru śniadaniowego i folii. Te rzeczy nie zajmują wiele miejsca, a robią ogromną różnicę. Gdyby każdy pasażer miał taki zestaw, na końcu trasy kosze na śmieci byłyby puste.

Pani książki: „Gotuję, nie marnuję. Kuchnia zero waste po polsku” oraz „Wykorzystuję, nie marnuję. 52 wyzwania zero waste” stały się poradnikowymi bestsellerami. Czego poszukują Pani czytelnicy?

Przekonałam się, że siła tych książek tkwi w prostocie. Nie sprzedaję żadnej wyjątkowej wiedzy, nie namawiam do wyrzeczeń albo drogich inwestycji, tylko podpowiadam, jak wykorzystać to, co już mamy. W sprawie jedzenia zaglądam – wspierając się wynikami badań Banków Żywności – do lodówek i śmietników Polaków i widzę, że trafiają tam przede wszystkim pieczywo, wędliny, warzywa, owoce, nabiał. Nie ma egzotycznych dodatków i przypraw, więc tak przygotowuję przepisy, by każdy mógł bez dodatkowych zakupów wyczarować danie z tego, co już przyniósł ze sklepu. Doceniam potencjał niepozornej marchewki, klaruję ją w miodzie i stawiam na stole w formie wybornej przystawki. Pomarszczone rzodkiewki marynuję w soku z cytryny i dorzucam do sałatki lub kanapki. Z ich liści robię pesto, ze zwiędniętej sałaty orzeźwiający koktajl lub chłodnik. Wciąż wymyślam nowe koncepcje na zagospodarowanie pieczywa, bo tego domagają się czytelnicy. Ostatnio zrobiłam ciasto na spodzie z resztek bułek, pyszne są też brownie z czerstwego chleba albo rumowe trufle. Namawiam do gotowania zgodnie z rytmem sezonu, doceniania rodzimych składników, choć oczywiście dopuszczam wyjątki, bo dziś trudno wyobrazić sobie kuchnię bez oliwy, cytrusów albo korzennych przypraw. Pokazuję, jaka moc tkwi w naszej czerwonej kapuście, którą można zmienić w chrupiące steki, albo zachęcam do wspierania organizmu zakwasem z buraków i syropem z marchewki, a nie suplementami z apteki. Odkrywam moc kiszonek, kasz, coraz częściej goszczących na naszych stołach. Mam wrażenie, że wracamy do korzeni, i cieszę się, że mogę innych wspierać w tej drodze.

Sylwia Majcher

Dziennikarka, autorka książek, reportaży, wywiadów kulinarnych i bloga sylwiamajcher.pl. Absolwentka studiów podyplomowych na Wydziale Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji SGGW w Warszawie. Prowadzi warsztaty oraz szkolenia poświęcone ekologii i niemarnowaniu jedzenia.