W pierwszym przedziale za lokomotywą podróżowała czwórka pasażerów: mała Amelka ze swoją mamą oraz dwóch panów. Jeden z nich był wyjątkowo zmęczony, rzucił tylko pospieszne „dzień dobry”, usiadł w kąciku przy wejściu i od razu zasnął. Drugi natomiast tryskał energią. Starszy, bardzo elegancki pan, którego bagaż stanowiły książki, zeszyty i pióro, cały czas mruczał coś pod nosem, skrzętnie notował swoje spostrzeżenia i poprawiał okulary osuwające mu się na czubek nosa. Amelka obserwowała go z zaciekawieniem, szczególnie w momentach, gdy wydawał pełne zachwytu, choć tłumione odgłosy, obserwując przemijające za oknem krajobrazy.

– Wybornie! – zakrzyknął mężczyzna, śledząc coś wzrokiem z takim skupieniem, że twarz niemalże przykleiła mu się do szyby.

– Co jest wyborne? – zapytała zaintrygowana Amelka. Pan obrócił natychmiast głowę, popatrzył na nią znad swoich okularów i uśmiechnął się radośnie, odpowiadając:

Podróżniczko młoda,
wyborna jest przyroda!
Za oknem trawy zieleń,
Polaną biegnie jeleń,
Na drzewie liści ruch,
W nich skryta sowa – mądrości druh.

– Pan jest poetą! – zapiszczała przejęta dziewczynka.

– W rzeczy samej, w rzeczy samej… – potwierdził mężczyzna, wracając do obserwacji krajobrazów.

Drzwi do przedziału rozsunęły się cicho i stanęła w nich uśmiechnięta pani konduktor:

– Dzień dobry państwu, proszę przygotować bilety do kontroli.

Mama Amelki miała bilety w telefonie i od razu pokazała je do zeskanowania. Roztargniony poeta nie pamiętał, w której z książek schował swój bilet, więc przetrząsał je nerwowo jedna po drugiej. Pan drzemiący w kącie obudził się i podał swój bilet, gdy poeta w końcu trafił na właściwą książkę:

Zwycięstwo, podróży kompani!
Znalazłem bilet, szanowna pani!
Choć między strony się zawieruszył,
Mojej czujności nic nie zagłuszy.
Wzrok oderwawszy od krajobrazu,
Pod palcem zgrubienie poczułem od razu.
Bilet podaję, kłaniam się nisko,
Do mojej stacji już chyba blisko?

– Tak, to prawda – odpowiedziała z uśmiechem konduktorka. – Do Warszawy zostało nam jeszcze dwadzieścia minut jazdy – dodała, spoglądając na bilet poety.

Mężczyzna odprowadził wzrokiem wychodzącą z przedziału konduktorkę, która zamykając za sobą drzwi, życzyła wszystkim przyjemnej podróży, i doradził współpasażerom:

Czym dwadzieścia minut względem wieczności?
Oddajmy się wszyscy podróży radości!

Amelka, zachwycona wierszami, dopytywała mamę, czy ona również mogłaby tak mówić. W tym czasie zmęczony pan w rogu przedziału zsunął buty, położył nogi na wolnym siedzeniu naprzeciwko, i natychmiast ponownie zapadł w sen. W przedziale zapadła głucha cisza, wszyscy wpatrywali się zaskoczeni w bose stopy współpasażera. Nawet poeta był w takim szoku, że przestał mówić wierszem:

– Ale… ale… jak tak można? – zająknął się.

Czas, gdy pan poeta i mama zaniemówili, Amelka postanowiła wykorzystać na wymyślenie własnego wierszyka, który głośno i radośnie wyrecytowała:

Nogi brudne i śmierdzące,
Wyglądają jak dwa brzdące.
Leżą sobie na siedzeniu,
Nikt nie myśli o jedzeniu.

Mama i poeta zaśmiali się głośno, a wybudzony ze snu właściciel stóp, zawstydzony, natychmiast zdjął nogi z fotela.

– Najmocniej państwa przepraszam – wymamrotał. – Po prostu jestem bardzo zmęczony, a tu zrobiło mi się tak wygodnie i przytulnie… Poczułem się jak w domu…

Poeta odzyskał rezon i podsumował całą sytuację rymowaną puentą:

W pociągu pamiętaj, pasażerze drogi,
Zachowaj dla siebie obie bose nogi.
Wszak kultura wymaga, dobrze o tym wiecie,
Niemiłych zapachów nie raczyć nas kwieciem.
Towarzysza podróży obdarz więc szacunkiem
i butów nie zdejmuj pod żadnym warunkiem!