– Edku, czy opowiadałem ci moją przygodę, kiedy musiałem jechać przez ogromną burzę, jeszcze większą niż ta? Bardzo się stresowałem jazdą w tak dużym deszczu. Pociechę jednak przyniósł mi pewien pan, który akurat podróżował do Krakowa…

***

Pasażerowie, którzy ze mną jechali, byli wyraźnie przygnębieni. Niektórzy posmutnieli z powodu deszczu, inni mieli swoje zmartwienia. Tylko jeden pan cały czas uśmiechał się do wszystkich, a jego oczy błyszczały autentyczną radością. Był tak szczęśliwy pomimo deszczu i szarugi, że jedna z pań dzielących z nim przedział nie wytrzymała z ciekawości.

– A pan co taki roześmiany? Nie widzi pan tego nieszczęścia za oknem? – zapytała z przekąsem.

– Ależ droga pani, dlaczego miałbym się smucić? Z powodu odrobinki deszczu? Przecież to właśnie wielkie szczęście, że nie jesteśmy na zewnątrz, tylko siedzimy sobie wygodnie w cieplutkim i suchym pociągu – odrzekł mężczyzna, a jego głos był jeszcze weselszy od spojrzenia. – Poza tym mam dobry powód, żeby jechać do Krakowa… – zagaił tajemniczo.

– Kraków jest piękny nawet w deszczu – rozmarzyła się siedząca nieopodal studentka.

– Wprost magiczny! – zawtórowała jej koleżanka.

– O, to to, magiczny – jeszcze bardziej ucieszył się mężczyzna. – A czy wiedzą państwo, że właśnie w Krakowie za kilka dni odbędzie się wielki zlot magików z całego świata? Taka impreza odbywa się raz na dziesięć lat i ja, El Maestro, udaję się na nią, by zaprezentować swoje najnowsze sztuczki. Magia to najlepszy sposób na zły humor i niepogodę – szczebiotał niczym nastolatek.

– Mamo, tato, ten pan jest czarodziejem! – krzyknął chłopczyk z zawadiacką blond czuprynką. Słysząc to, zaraz z całego wagonu zbiegły się wszystkie dzieci.

– Och, magik i czarodziej to nie do końca to samo – próbował bronić się bohater coraz większego zamieszania, ale maluchy podskakiwały podekscytowane i przekrzykiwały się wzajemnie, by coś im wyczarował.

– Ja chcę królika z kapelusza – zapiszczała jedna z małych pasażerek.

– Ten numer wyszedł już z mody, my, magicy, szanujemy przyrodę, a te zwierzaki źle znoszą ciemność panującą w cylindrze i nie lubią być targane za uszy – wyjaśnił El Maestro.

– A może sprawiłby pan, że znikną te brzydkie śmieci, które leżą o tam – podpowiedziała rezolutnie blond czuprynka. Rzeczywiście pod jednym z foteli leżały paskudne papierki po kanapkach i butelka po lemoniadzie.

– Cóż, my, magicy, specjalizujemy się raczej w innych rekwizytach – talie kart, monety, bukiety kwiatów… Obawiam się, że ze śmieciami to będzie niemoż… – zaczął tłumaczyć magik, ale nie dokończył, bo nagle w wagonie zrobiło się ciemno. Zanim wszyscy zorientowali się, że to tylko pociąg na chwilę wjechał do tunelu, znów było widno, jednak… po śmieciach nie było ani śladu!

– Brawo, wspaniale, jest pan niesamowity – zewsząd rozlegały się oklaski i wiwaty.

– Ale to nie ja – zupełnie zbity z tropu El Maestro rozglądał się wokoło.

Do zachwytów nie dołączył tylko jeden z pasażerów. Pewien młodzieniec, ten, przy którego fotelu wcześniej leżała sterta śmieci, nonszalancko pogwizdując, wyglądał przez okno.

– To nie dzięki mojej mocy śmieci zniknęły, ale chyba wiem, kto tym razem popisał się refleksem godnym iluzjonisty i gdzie podziała się zguba – zaśmiał się magik i mrucząc pod nosem sobie tylko znane zaklęcie, otworzył pokrywę kosza na śmieci, w którym – rzecz jasna – spoczywały papierzyska i butelka.

Miłośnik widoków za oknem oblał się rumieńcem.

– Tak wiem, przepraszam, powinienem od razu je wyrzucić, to było bardzo niekulturalne. Już nigdy więcej tak nie zrobię – obiecał zawstydzony.

– Młody człowieku, każdy z nas popełnia błędy, ważne, by je naprawiać i wyciągać wnioski na przyszłość. Tym razem nauka jest taka, że nie potrzeba czarów, by wokół było czysto i wszystkim przyjemnie się podróżowało – powiedział El Maestro, po czym wyczarował… bilet na swoim smartfonie, by pokazać go panu konduktorowi, który niczym królik z kapelusza pojawił się w wagonie. Wszyscy znów bili brawo, a za oknem, po deszczu, zza chmur wyjrzało słońce.