– Edku, co się stało, wyglądasz trochę niezdrowo? – zapytał zatroskany Gryfek.

– To chyba z przejedzenia… wzrokiem. Nigdy nie zwracałem uwagi, jak wiele osób na moim pokładzie posila się podczas podróży i jak wiele potraw jest zabieranych. Dopiero śledztwo, które dzisiaj przeprowadziła dwójka młodych detektywów, mi to uświadomiło. Powąch… To znaczy posłuchajcie!

***

W jednym z przedziałów miejsca zajęli Michał i Ania z rodzicami oraz sympatyczny pan Henryk, starszy, nieco roztargniony pasażer. Gdy tylko pociąg ruszył, pan Henryk sięgnął po swoją wielką podróżną torbę z mnóstwem kieszonek i suwaków.

– Nie wiem jak państwo, ale ja w pociągu od razu robię się głodny – zagadnął wesoło współpasażerów. Jednak już po chwili, coraz bardziej nerwowo, przetrząsał swój bagaż. – O rety, gdzie moje kanapki? Dobrze pamiętam, że położyłem je na samym wierzchu, zanim poszedłem na spacer z psem, a moja żona Helena wyszła do pracy… Może wypadły po drodze na dworzec albo przy wsiadaniu do pociągu? Zawsze zapominam zasunąć suwak. Co ja teraz zrobię? Nie zdążyłem zjeść śniadania w domu, bo spieszyłem się, aby kupić bilet w kasie – mówił mocno zafrasowany.

– My kupiliśmy nasze bilety przez internet i to z wyprzedzeniem. Nasi rodzice zaoszczędzili czas i pieniądze, a my mogliśmy jeszcze rano spokojnie obejrzeć nasz ulubiony serial o Sherlocku Holmesie – pochwalił się Michał.

– No właśnie, w tym filmie zginęło jakieś drogocenne jajko sadzone – przypomniała sobie Ania.

– Nie sadzone, a wysadzane, diamentami. To bardzo piękne dzieło sztuki jubilerskiej nazywa się jajko Fabergé i rzeczywiście niejeden rabuś by się na nie… połakomił – pochwalił się wiedzą tata.

– To może te kanapki też ktoś podwędził? – podpowiedział Michał.

– Och, wędzone owszem były, to znaczy pyszna makrela w środku – rozmarzył się pan Henryk.

– Niech pan się nie martwi. To zadanie w sam raz dla nas, wyśledzimy zgubę jak Sherlock i Watson! – zakrzyknęły dzieci.

Młodzi detektywi natychmiast wyruszyli, by zbadać zakamarki pociągu.

– Z tamtego przedziału dochodzą dziwne dźwięki, jakieś szeleszczenie i chrupanie, sprawdźmy to – zakomenderowała Ania.

Okazało się, że to pewien młody chłopak z apetytem zajada chipsy, wokół roznosi się aromat zielonej cebulki, a na jego koszulkę i podłogę wagonu, niczym śnieg, sypią się okruszki. Inni podróżni rzucali mu złowrogie spojrzenia, i tylko jeden przyglądał się z zachwytem. Wreszcie nie wytrzymał.

– Przepraszam, czy mogę pana nagrać? – zapytał. – Jestem z branży filmowej i właśnie pracujemy nad horrorem o yeti – wyjaśnił.

– O tak, chętnie zagram główną rolę – ucieszył się młodzieniec.

– Cóż, w sumie dostrzegam pewne predyspozycje, ale ja zajmuję się dubbingiem. Jestem reżyserem dźwięku i właśnie szukałem odgłosu, który imitowałby zejście ogromnej lawiny. I chyba znalazłem – powiedział puszczając oko do współpasażerów, którzy wybuchli gromkim śmiechem.

W kolejnym wagonie unosił się za to dziwny aromat.

– W naszym supermarkecie sprzedawano oryginalne francuskie sery, w bardzo okazyjnej cenie. Kupiłam jeden dla mojej ciotki, ona bez przerwy wspomina wakacje w Paryżu, więc na pewno będzie jej smakował. Może pan się skusi na kawałeczek? – szczebiotała kobieta.

– Ja tam wolę amerykańskie jedzenie – odparował jej rozmówca, łakomie zaglądając do przetłuszczonej papierowej torebki z baru na dworcu.

– Niech zgadnę, hamburger z prażoną cebulą i sosem czosnkowym, a do tego podwójne frytki? – włączyła się do rozmowy siedząca nieopodal pasażerka w kremowym żakiecie.

– Pani jest chyba jasnowidzem – zdziwił się właściciel torebki.

– Nie, senselierką, to mało znany, ale bardzo ciekawy zawód – wyjaśniła.

– A na czym polega pani praca? – Ania i Michał, jak przystało na detektywów, postanowili zdobyć więcej informacji.

– Komponuję perfumy, dobieram aromaty pasujące do różnych miejsc, doradzam ludziom odpowiedni dla nich zapach.

– To chyba nic trudnego – rzucił amator hamburgera i frytek.

– O, bardzo by się pan zdziwił, zapachów jest nieskończenie wiele, mają ogromny wpływ na nasze życie i komfort, czuć to choćby podczas podróży – wyjaśniła senselierka.

– Oj tak! – przytaknęli jej chórem wszyscy pasażerowie.

Detektywi nie tracili nadziei na rozwiązanie zagadki, choć pozostało im do sprawdzenia jeszcze tylko jedno miejsce.

–Jak tu pięknie pachnie – zachwyciła się Ania, gdy weszli do wagonu restauracyjnego.

– Na co mają państwo apetyt? – przywitała ich z uśmiechem dziewczyna w śnieżnobiałej bluzce i buraczkowym fartuchu.

– Szukamy makreli… – zaczął Michał.

– My jesteśmy makrelami, to znaczy maklerami, pracujemy na giełdzie, kupujemy i sprzedajemy akcje różnych firm – zainteresowali się dwaj pasażerowie w czerwonych szelkach, pałaszujący smakowicie wyglądające i pachnące dania.

– Ryby? Świetny wybór, branża spożywcza ma wielką przyszłość…

– Co ty mówisz, lepiej zainwestować w komputery – zaczęli się przekonywać.

– Nie, nie, szukamy tylko kanapek z makrelą, które zaginęły jednemu panu – wyjaśniła Ania.

– Takich niestety nie ma w menu, ale za to są z szynką, serem i świeżymi warzywami. Mamy też wiele innych smakołyków – zachęcała gospodyni wagonu.

– Pychota, na pewno przyjdziemy tu z rodzicami na obiad – zapowiedziały dzieci.

Gdy wróciły do swojego przedziału, choć poznały wielu ciekawych ludzi, były trochę smutne. Po kanapkach z makrelą nie było śladu. Zrezygnowany pan Henryk postanowił odłożyć torbę na półkę. Gdy uniósł ją nad głowę, z jednej z kieszonek wyfrunęła mała kartka. Mężczyzna przyjrzał się jej uważnie, założył okulary i coraz bardziej zdumiony zaczął czytać…

„Drogi Heniu, gdy byłeś z Azorem na spacerze, zobaczyłam, co przygotowałeś sobie na drogę. Ryby są zdrowe, ale zabierać tak aromatyczne kanapki do pociągu to nie najlepszy pomysł. W zamian do trzeciej kieszeni po lewej stronie, włożyłam Ci przekąski z owoców i warzyw, a jeśli zgłodniejesz, na pewno znajdziesz coś zdrowego i smacznego w wagonie restauracyjnym Wars.

Całuję
Twoja Hela

P.S. Kanapki były przepyszne!”

***

– I tak oto sprawca zaginięcia makrelowych kanapek sam przyznał się do winy, ale można mu tylko bić brawo – zakończył swoją opowieść Edek, który odzyskał już dobre samopoczucie i swoje kolory.

– Oby wszyscy nasi pasażerowie pamiętali, że jest wiele potraw i produktów, którymi lepiej zajadać się w domu, bo w pociągu potrafią zepsuć atmosferę i uprzykrzyć życie towarzyszom podróży – westchnął Gryfek.

– To przecież nic trudnego – wystarczy mieć nosa… do zasad kulturalnego podróżowania – dodał Czesio.

A już po chwili zmęczone lokomotywy smacznie spały.